Athletic Bilbao zremisował 1:1 ze Sportingiem Gijon. Kibice oglądający spotkanie na San Mames zobaczyli bardzo dużo okazji pod obiema bramkami, ale piłka w siatce zatrzepotała dopiero kwadrans przed końcem. Wtedy to na listę strzelców wpisał się Oscar de Marcos. W samej końcówce wynik wyrównał „Lora”.
Dla kibiców Athleticu najważniejszą informacją dnia był z pewnością powrót do wyjściowej jedenastki Fernanda Llorente. Bez reprezentanta Hiszpanii „Los Leones” nie radzili sobie zbyt dobrze z wykańczaniem akcji ofensywnych. Marcelo Bielsa po raz pierwszy od kilku kolejek miał do dyspozycji najlepszy możliwy skład. Również w obozie Sportingu zabrakło poważnych osłabień. Javier Clemente pokazał, że nie boi się San Mames, i ustawił ekipę w ofensywnej formacji z czterema graczami odpowiadającymi jedynie za atak. Miejsce w wyjściowej jedenastce kosztem Davida Barrala wywalczył Adrian Colunga.

Początek rozgrywanego w Bilbao meczu nie był szczególnie ciekawy. Obie ekipy wyglądały na nieco wystraszone – wolały czekać, niż wziąć na siebie odpowiedzialność za prowadzenie akcji. Jako pierwsi z tej swoistej śpiączki obudzili się zawodnicy gości. W dogodnej sytuacji do oddania strzału znalazł się niespodziewanie Pedro Orfila. Defensorowi wyraźnie zabrakło doświadczenia pod bramką, strzelił bardzo niecelnie. W odpowiedzi zaatakowali zawodnicy Marcela Bielsy, a przyjezdnych ofiarną interwencją uratował Ivan Hernandez. Gdyby nie on, Ander Herrera z pewnością umieściłby piłkę w siatce. W 15. minucie swoją okazję miał najlepszy w ostatnich tygodniach zawodnik Sportingu, Mendy. Francuz wbiegł w pole karne, ale w okolicy linii końcowej zupełnie się zagubił i oddał bardzo marny strzał. Znacznie lepiej poradził sobie parę chwil później Adrian Colunga. Hiszpan uderzeniem z rzutu wolnego prawie zaskoczył Gorkę. Bask w ostatniej chwili, już upadając, dosięgnął piłki.
Z czasem do głosu zaczęli dochodzić zawodnicy Athleticu. Długo wymieniali między sobą piłkę, spokojnie czekali na okazje i doczekali się w 33. minucie. Wtedy to Fernando Llorente znakomicie doszedł do piłki wrzuconej przez niezawodnego Susaetę, uderzył głową i minimalnie chybił. 120 sekund później San Mames wybuchnęło radością – sędzia podyktował rzut karny za ewidentny faul Alberta Botii na Llorente. Piłkę na jedenastym metrze ustawił sobie Muniain i strzelił przeciętnie. Zbyt przeciętnie dla Juana Pablo. Przeżywający ostatnio najlepsze chwile w karierze golkiper bez trudu wybronił strzał 19-latka. Iker nie załamał się tym niepowodzeniem i jeszcze przed przerwą miał okazję, by wyprowadzić „Lwy” na prowadzenie. Jednak i tym razem górą był bramkarz gości, którego nie na darmo w Hiszpanii nazywa się „Papieżem”. Po tej akcji sędzia zakończył wyrównaną i niestety dość nudną pierwszą połowę.









