Gdy wydawało się, że dzisiejszego wieczoru nikt nie jest już w stanie ukraść show Barcelonie, pojawił się on. Cristiano Ronaldo uznał, że mecz przeciwko drużynie, której strzela najwięcej bramek w La Liga, jest idealną okazją do powrotu na tron i po raz kolejny zaliczył magiczny wieczór. Dzięki niemu wyścig o mistrzostwo trwa w najlepsze, a Real najtrudniejszą przeszkodę ma już za sobą.
Kończący spotkanie w masce Krychowiak, krwawiący Ramos, poobijany Banega. To bilans 90 minut prawdziwej boiskowej batalii, której świadkami byliśmy dzisiaj na Sanchez Pizjuan. To miał być mecz walki i nim rzeczywiście był. Co więcej, oprócz boiskowej agresji mieliśmy też do czynienia ze spotkaniem pełnym piłkarskiej jakości. Jeżeli chcecie zainteresować swoich znajomych Primera Division i szukacie odpowiedniej zajawki, skrót z dzisiejszego spotkania będzie rozwiązaniem optymalnym.
Real musiał to spotkanie wygrać. „Królewscy” znali już wynik z Cordoby i aby utrzymać dwupunktową stratę, nie mogli sobie pozwolić na potknięcie w Andaluzji. Czego mogli się spodziewać po meczu z „Nervionenses”? Trudnego spotkania? Brzmi trywialnie. Zespół czekała prawdziwa przeprawa, a kluczem do zwycięstwa miało być opanowanie środkowej części boiska. Z podobnego założenia wychodził Carlo Ancelotti, który nastawił drużynę na ostre, fizyczne starcie. Włoch doskonale wiedział, że najmocniej obsadzoną pozycją ekipy z Andaluzji jest środek pola, gdzie Grzegorz Krychowiak, Vicente Iborra i Stephane M’bia swoją przewagą fizyczną dominują nad każdym przeciwnikiem przyjeżdżającym na Sanchez Pizjuan.
Mieliśmy więc do czynienia z przesunięciem Sergio Ramosa do linii pomocy i ustawieniem go na pozycji pivota. Hiszpan już nie raz udowadniał, że w klasycznej młócce w środku pola czuje się doskonale, a niedawne derbowe spotkanie przeciwko Atletico tylko potwierdzało tę opinię.
Z kolei podopieczni Unaia Emery’ego podchodzili do spotkania z mianem niepokonanych od blisko 25 spotkań. Hiszpański trener, podobnie jak Ancelotti, również postawił na siłę w środku pola i zamiast Iborry, tym razem oddelegował do gry potężnego Stephana M’bię. Kreacji dostarczyć miał Ever Banega, który tym spotkaniem tylko potwierdził, że ten rok jest jego najlepszym okresem od momentu przyjścia do Europy.
Wcześniejsze przypuszczenia się potwierdziły i początek spotkania to walka o dominację w środku pola. Szczególnie odczuwał ją wspomniany już Banega, który musiał się zmagać z agresywnie nastawionym Ramosem. Madryt powoli przejmował inicjatywę na boisku, mając w okolicach 20. minuty posiadanie piłki na poziomie 72% czasu gry. Gra „Królewskich” nie była jednak pozbawiona mankamentów, a największym z nich była postawa Daniego Carvajala, który często przegrywał pojedynki na lewym skrzydle z Jose Antonio Reyesem, tworząc zagrożenie pod własną bramką.
Nie powinno to szczególnie dziwić. Sewilla swoją grę opiera na szybkich skrzydłowych, którzy odpowiadają za blisko 71% ataków „Blanquirrojos”. Podobnie było i tym razem. Jednak to lewa flanka (a nie prawa, jak to normalnie bywa) była groźniejsza i to Jose Antonio Reyes, na spółkę z Carlosem Baccą, tworzyli największe zagrożenie na początku spotkania.















