Premierowy finał pod szyldem Ligi Europejskiej już za dwa dni. Skład tego pojedynku dla wielu jest zaskoczeniem. W lutym eksperci twierdzili, że 12 maja na stadionie Nordbank Arena wystąpią któreś z drużyn: Liverpool, Juventus, Roma, Valencia czy HSV. Piłka nożna jak zwykle okazała się nieprzewidywalna i w wielkim finale skojarzyła ze sobą drużyny Fulham Londyn oraz Atletico Madryt.
Obie drużyny swoją przygodę z europejskimi pucharami rozpoczęły z dwóch różnych pozycji. Hiszpanie rywalizowali w eliminacjach Ligi Mistrzów z nadzieją, że będą czarnym koniem rozgrywek. Fulham był w Lidze Europejskiej typowym kopciuszkiem. Trener Roy Hodgson niejednokrotnie podkreślał, że gra w europejskich pucharach jest tylko miłym dodatkiem do rywalizacji w Premiership.
Droga krzyżowa madrytczyków

Atletico drugi raz z rzędu awansowało do Ligi Mistrzów. W ubiegłym sezonie „Rojiblancos” dość pechowo odpadli po dwumeczu z Porto. Teraz bardziej doświadczona drużyna Abla Resinio miała być rewelacją elitarnych rozgrywek. Atletico rozpoczęło z kopyta. Już w fazie eliminacyjnej odprawiło z kwitkiem Panathinaikos. Losowanie grup Champions League było dość łaskawe dla Aguero i spółki. Trafili oni na Chelsea, Porto oraz Apoel Nikozję. Jeśli Anglicy byli poza zasięgiem, to z Portugalczykami, a szczególnie z Cypryjczykami można było powalczyć o awans. Jednak już w pierwszym meczu pojawiły się schody. Atletico na własnym terenie nie potrafiło wygrać z Apoelem. Co więcej, koledzy Kamila Kosowskiego mieli okazję wywieźć ze stadionu Vicente Calderona trzy punkty. Potem było jeszcze gorzej. Dwukrotne porażki z Porto, jedna z Chelsea. „Rojiblancos” walczyli już tylko o trzecie miejsce w grupie, premiowane grą w pucharowej fazie Ligi Europejskiej. Udało się tego dokonać, dzięki bramkowemu remisowi na Cyprze. Atletico z trzema oczkami doczołgało się do Ligi Europejskiej. Warto odnotować, że jeszcze nigdy zespół, który zdobył trzy punkty w fazie grupowej Ligi Mistrzów, nie zdołał uplasować się na trzecim miejscu gwarantującym start w pucharze pocieszenia.
Do gry w Lidze Europejskiej piłkarzy przygotowywał już Quique Sanchez Flores, który w grudniu zastąpił Abela Resinio. W 1/16 finału los skojarzył madrytczyków z Atletico z Galatasaray. Turecki rywal mógł być przeszkodą nie do przejścia. Zespół z Ali Sami Yen był zdeterminowany, aby wygrać całe rozgrywki. Po dramatycznym dwumeczu górą wyszli Hiszpanie. Gola na wagę awansu dał, w ostatniej minucie rewanżowego meczu, Diego Forlan. Dla Turków porażka była o tyle bolesna, że została poniesiona na własnym terenie. W kolejnej rundzie miało być nieco łatwiej. Sporting Lizbona przeżywał mały kryzys. W lidze portugalskiej szło im jak po grudzie, ale kiedy przychodziło do rywalizacji na arenie europejskiej, to zespół Paulo Bento się odradzał. Na Vicente Calderon padł bezbramkowy remis i w rewanżu to Portugalczycy byli faworytami. W Lizbonie swój dzień miał Sergio Aguero. Dwie bramki zięcia Diego Maradony zapewniły madrytczykom awans do ćwierćfinału.












