Wszystko wskazuje, że dla piłkarzy z Andaluzji nadchodzi bardzo trudny okres. W piątek szejk Al Thani ogłosił po raz kolejny, że żegna się z klubem. Tym razem wygląda na to, że jest to decyzja ostateczna. Co w takim razie czeka teraz Malagę?
Abdullah Bin Nasser Al Thani jest członkiem katarskiej rodziny królewskiej. W 2010 roku zdecydował się kupić klub od Lorenzo Sanza i postanowił, że odniesie z nim wielki sukces. Przede wszystkim wydaje się, że głównie zależało mu na inwestycjach w tej części Europy, a klub był tylko dodatkiem.

Jednak jego przyjściu do Andaluzji towarzyszyła niesamowita pompa. Wystarczy przypomnieć, że gdy zacumował swoim jachtem do jednej z przystani, ta okazała się za mała i trzeba było się przenieść do innej, oddalonej o kilka kilometrów. Nic więc dziwnego, że kibice mieli prawo oczekiwać nastania złotych chwil w historii ich ukochanego zespołu.
Początek rzeczywiście taki był. Do kluby zaczęli przychodzić doświadczeni, ale ciągle solidni piłkarze tacy, jak: Van Nisterlooy, Joris Mathijsen czy Jeremy Toulalan, którzy dołączyli za darmo. Ponadto pozyskano także takich, którzy mieli przez kilka najbliższych lat być podporą zespołu. Do nich z pewnością można było zaliczyć Nacho Monreala i Diego Bounanote. Widać było, że szejk ma jakiś plan na ten zespół i szykowały się naprawdę tłuste lata dla Malagi. Nie kupował on bowiem hurtowo, ale mądrze i stopniowo wzmacniając zespół.
Prawdziwe głośne transfery miały jednak dopiero nadejść. Tę obietnicę Al Thani również spełnił. Z wielkim rozgłosem do zespołu przyszli tacy gracze, jak: Joaquain Sanchez, Santi Cazorla czy Martin Demichelis. Nic więc dziwnego, że z czasem klub stał się bardzo poważnym graczem na rynku hiszpańskim, a przede wszystkim europejskim.
W sezonie 2011/2012 zdołali zająć czwarte miejsce w Primera Division, co oznaczało grę w eliminacjach Ligi Mistrzów. Udało się je przejść i po dwumeczu z Panathinaikosem mogli świętować awans. Powody do radości były także w kolejnych rundach. Fazę grupową zakończyli przed Milanem, Zenitem i Anderlechtem, co oznaczało, że w kolejnej fazie przyjdzie im się zmierzyć z teoretycznie łatwiejszym rywalem. Porto niekoniecznie takim było, ale udało się przejść także kolejną przeszkodę i można było myśleć o ćwierćfinale. Tam stoczyli niesamowitą walkę z Borussią Dortmund i zabrakło im zaledwie kilkunastu sekund do wymarzonego znalezienia się wśród czterech najlepszych zespołów Europy.
Od tego czasu zaczęła się fala bardzo niepokojących wiadomości z klubu. Najpierw szejk nie mógł się pogodzić z odpadnięciem z Ligi Mistrzów i co raz miał pretensje do każdego otaczającego go człowieka. Później przestał płacić nie tylko swoim pracownikom i piłkarzom, ale także zapomniał o uregulowaniu kolejnych transz za Monreala i Cazorlę, co sprowadziło na klub kolejne nieprzyjemności.











