Na wszystko jest czas i miejsce. Kariery zawodników dobiegają końca. Gracze rozstają się z futbolem, czasami połowicznie – z występami w reprezentacji. Rzadko kiedy zdarza się jednak, by ktoś żegnał się dwukrotnie. Takie szczęście spotkało ostatnio Wayne’a Rooneya. Po decyzji angielskiej federacji o sentymentalnym powołaniu zawodnika zamiast euforii był niesmak. Odgrzewanie starego kotleta nie do końca się udało. Nawet mimo iż FA bardzo ochoczo wmawiała kibicom, że przypalony schabowy to delicje.
Koniec kariery sportowej to temat obecnie coraz częściej analizowany przez psychologów. Rozstanie z uprawianą dyscypliną nie jest łatwe, szczególnie gdy dany zawodnik nie ma większego pomysłu, co robić dalej. Wtedy myślą przewodnią staje się powrót do zawodowego uprawiania sportu. Najczęściej powrotu nieudanego. Moment na definitywne odejście w chwale albo przynajmniej odpowiedniej chwili zostaje przegapiony, a kariera rozmieniona na drobne. To jednak opis w sporcie przypadków skrajnych, choć nierzadkich.
W futbolu dużo częściej zdarza się jednak, że strach przed zakończeniem przygody z piłką powoduje, iż zawodnicy na siłę wydłużają swoje kariery. Posłuszeństwa odmawia organizm, motoryka pozostawia wiele do życzenia, a regeneracja po wysiłku trwa znacznie dłużej. Mimo tego egoizm nie pozwala na zaakceptowanie rzeczywistości i ujrzenie większego dobra. Dobra zespołu. Krytyka mediów, niechęć ze strony kibiców i topniejące niczym lód w sierpniu resztki szacunku są nieważne. Niczym uparte dzieci chcą grać dalej i już! A jak jeszcze można pobić rekord występów? Choćby na szpilkach, ale się uda. Tak właśnie wyglądały końcowe lata kariery reprezentacyjnej Wayne’a Rooneya.
Złote dziecko w pogoni za Shiltonem
O zawodniku zrobiło się głośno w lutym 2003 roku. Debiut w reprezentacji Anglii niespełna 18-letniego gracza odbił się szerokim echem nie tylko na Wyspach Brytyjskich. Nazywany złotym dzieckiem Evertonu Wayne Rooney skalę swojego talentu ukazał światu ponad rok później podczas mistrzostw Europy w 2004 roku. Cztery strzelone bramki i asysta podczas portugalskiego turnieju potwierdziły drzemiący w zawodniku potencjał. Nastolatek został wszem wobec ogłoszony nowym angielskim talentem i godnym następcą w kadrze Alana Shearera. Świat legł u stóp zawodnika z Liverpoolu, szczególnie że kilka tygodni później za sumę 37 milionów euro trafił do Manchesteru United.

Przez kolejne lata był podporą zarówno „Red Devils” jak i reprezentacji Anglii. Pod opieką Aleksa Fergusona wychowanek Evertonu przekształcił się w jednego z czołowych zawodników świata. Gablota od hurtowo zdobywanych trofeów pękała w szwach, a pozycja Wayne’a Rooneya na krajowym podwórku stała się niepodważalna. Aż do czasu odejścia legendarnego szkockiego szkoleniowca na zasłużoną emeryturę.
Brak Aleksa Fergusona odbił się negatywnie na grze Manchesteru United oraz samego Wayne’a Rooneya. Czas nie oszczędzał zawodnika, który z sezonu na sezon prezentował się gorzej. Problemy motoryczne dawały się we znaki Anglikowi coraz bardziej. Także kłopoty z regeneracją w obliczu natężenia liczby spotkań zrodziły jedno ważne pytanie – dlaczego gracz nie zrezygnuje z występów w narodowych barwach?













