Angielska herbata: Odgrzewany kotlet na Wembley


Kontrowersyjne pożegnanie Wayne'a Rooneya

20 listopada 2018 Angielska herbata: Odgrzewany kotlet na Wembley

Na wszystko jest czas i miejsce. Kariery zawodników dobiegają końca. Gracze rozstają się z futbolem, czasami połowicznie – z występami w reprezentacji. Rzadko kiedy zdarza się jednak, by ktoś żegnał się dwukrotnie. Takie szczęście spotkało ostatnio Wayne'a Rooneya. Po decyzji angielskiej federacji o sentymentalnym powołaniu zawodnika zamiast euforii był niesmak. Odgrzewanie starego kotleta nie do końca się udało. Nawet mimo iż FA bardzo ochoczo wmawiała kibicom, że przypalony schabowy to delicje.


Udostępnij na Udostępnij na

Koniec kariery sportowej to temat obecnie coraz częściej analizowany przez psychologów. Rozstanie z uprawianą dyscypliną nie jest łatwe, szczególnie gdy dany zawodnik nie ma większego pomysłu, co robić dalej. Wtedy myślą przewodnią staje się powrót do zawodowego uprawiania sportu. Najczęściej powrotu nieudanego. Moment na definitywne odejście w chwale albo przynajmniej odpowiedniej chwili zostaje przegapiony, a kariera rozmieniona na drobne. To jednak opis w sporcie przypadków skrajnych, choć nierzadkich.

W futbolu dużo częściej zdarza się jednak, że strach przed zakończeniem przygody z piłką powoduje, iż zawodnicy na siłę wydłużają swoje kariery. Posłuszeństwa odmawia organizm, motoryka pozostawia wiele do życzenia, a regeneracja po wysiłku trwa znacznie dłużej. Mimo tego egoizm nie pozwala na zaakceptowanie rzeczywistości i ujrzenie większego dobra. Dobra zespołu. Krytyka mediów, niechęć ze strony kibiców i topniejące niczym lód w sierpniu resztki szacunku są nieważne. Niczym uparte dzieci chcą grać dalej i już! A jak jeszcze można pobić rekord występów? Choćby na szpilkach, ale się uda. Tak właśnie wyglądały końcowe lata kariery reprezentacyjnej Wayne’a Rooneya.

Złote dziecko w pogoni za Shiltonem

O zawodniku zrobiło się głośno w lutym 2003 roku. Debiut w reprezentacji Anglii niespełna 18-letniego gracza odbił się szerokim echem nie tylko na Wyspach Brytyjskich. Nazywany złotym dzieckiem Evertonu Wayne Rooney skalę swojego talentu ukazał światu ponad rok później podczas mistrzostw Europy w 2004 roku. Cztery strzelone bramki i asysta podczas portugalskiego turnieju potwierdziły drzemiący w zawodniku potencjał. Nastolatek został wszem wobec ogłoszony nowym angielskim talentem i godnym następcą w kadrze Alana Shearera. Świat legł u stóp zawodnika z Liverpoolu, szczególnie że kilka tygodni później za sumę 37 milionów euro trafił do Manchesteru United.

Przez kolejne lata był podporą zarówno „Red Devils” jak i reprezentacji Anglii. Pod opieką Aleksa Fergusona wychowanek Evertonu przekształcił się w jednego z czołowych zawodników świata. Gablota od hurtowo zdobywanych trofeów pękała w szwach, a pozycja Wayne’a Rooneya na krajowym podwórku stała się niepodważalna. Aż do czasu odejścia legendarnego szkockiego szkoleniowca na zasłużoną emeryturę.

Brak Aleksa Fergusona odbił się negatywnie na grze Manchesteru United oraz samego Wayne’a Rooneya. Czas nie oszczędzał zawodnika, który z sezonu na sezon prezentował się gorzej. Problemy motoryczne dawały się we znaki Anglikowi coraz bardziej. Także kłopoty z regeneracją w obliczu natężenia liczby spotkań zrodziły jedno ważne pytanie – dlaczego gracz nie zrezygnuje z występów w narodowych barwach?

Jeszcze kilka lat temu osoby spekulujące na ten temat uznawano za heretyków. Wayne Rooney potrafił przecież zrobić coś z niczego. Odwrócić losy meczu na korzyść „Synów Albionu”. Czas jednak dosięga każdego. Kilkanaście miesięcy później nawet najwięksi sympatycy zawodnika zauważyli, że nie daje zespołowi już praktycznie nic. A wręcz, brutalnie określając, blokuje jedno miejsce w składzie. Przez media przeszła fala opinii ekspertów twierdzących, że najwyższa pora, by Wayne Rooney pożegnał się z kadrą. By dla dobra ogółu poszedł drogą Davida Beckhama, Stevena Gerrarda czy Franka Lamparda. Graczy, którzy zdając sobie sprawę z tego, że nie wnoszą już do zespołu tyle co kiedyś, zrezygnowali z występów w reprezentacji.

Pożegnanie po pożegnaniu

Wychowanek Evertonu jednak jakby niewzruszony opiniami innych nadal kontynuował grę w kadrze, a kolejni selekcjonerzy mimo oburzenia opinii publicznej wysyłali zawodnikowi powołania. Farsa trwała w najlepsze. Wayne Rooney mimo słabej dyspozycji zaliczał kolejne występy, pnąc się coraz wyżej w klasyfikacji piłkarzy mających ich najwięcej na koncie. Do rekordu Petera Shiltona – 125 meczów w barwach „Synów Albionu” – było coraz bliżej. W końcu złamał się obecny selekcjoner Anglików, Gareth Southgate. Brak powołań dla Wayne’a Rooneya sprawił, że zawodnik poinformował w sierpniu poprzedniego roku o zakończeniu reprezentacyjnej kariery.

Ponad rok później ktoś w angielskiej federacji wpadł na pomysł, że skoro piłkarz ma 119 występów w kadrze na koncie, to może dobrze byłoby zaokrąglić tę liczbę. Czemu nie? Przecież nie został odpowiednio pożegnany…

Decyzja o powołaniu zawodnika była co najmniej kontrowersyjna. W mediach nasilały się opinie, że ktoś na siłę chce odgrzać starego kotleta. Szczególnie że federacja chciała zrobić z tego wydarzenia konkretne widowisko. Tyle tylko, że nie wyszło. Anglicy co prawda rozegrali dobre spotkanie, strzelając Amerykanom trzy bramki. Wayne Rooney wszedł na murawę jednak dopiero w 58. minucie, zmieniając Jesse’ego Lingarda. Partnerzy z zespołu bardzo starali się, aby wychowanek Evertonu coś strzelił, lecz bezskutecznie.

Całe pożegnanie pożegnania nie wypadło korzystnie. Z pożytkiem dla każdego najlepiej byłoby, gdyby w przyszłości angielska federacja odpuściła sobie organizację podobnych wydarzeń. Albo niech robi je na odpowiednim poziomie. Wayne Rooney mimo nasilającej się przez lata (po części słusznej) krytyki na to zasługiwał.

Mniej istotne, ale też ciekawe:

  • Od degradacji do promocji. Cieszą się Anglicy po awansie do półfinału Ligi Narodów, choć byli już blisko porażki. Pokonanie Chorwacji na pewno stanowi pewien rewanż za przegraną na rosyjskim mundialu. Waga rozgrywek jest jednak nieporównywalnie mniejsza. Ale z małych rzeczy też należy się cieszyć. Tak właśnie zrobili Anglicy. Drugi awans do strefy medalowej w kolejnych rozgrywkach to na pewno sukces zespołu Garetha Southgate’a. Kibice „Synów Albionu” jak zawsze oczekują wyłącznie zwycięstwa. Za ponad pół roku okaże się, czy Anglicy tym razem udźwigną presję.

  • Łaska kibica na pstrym koniu jeździ. Przekonał się o tym zawodnik Liverpoolu i reprezentacji Senegalu, Sadio Mane. Podczas nie do końca udanego w wykonaniu gracza meczu z Gwineą Równikową piłkarz był wygwizdywany i obrażany przez własnych kibiców. Cała sytuacja mocno dotknęła Senegalczyka, który po końcowym gwizdku ze łzami w oczach opuszczał murawę. Przynajmniej tyle dobrego, że wsparcie okazali koledzy z zespołu, stając po stronie Sadio Mane. Tak czy inaczej wyjazdy na mecze reprezentacyjne już tak cieszyć zawodnika Liverpoolu zapewne nie będą.
Komentarze
Miro (gość) - 3 tygodnie temu

Po dwóch akapitach zasnąłem.

Odpowiedz
Dodaj komentarz

Zapraszamy do kulturalnej dyskusji.

Najnowsze