Piłkarze Atletico Madryt nie zdołali odrobić strat z pierwszego meczu i przegrali z drużyną Albacete Balompie 0:1. Jedyną bramkę meczu już w 20. sekundzie zdobył Victor Curto. Spotkanie z trzecioligową drużyną niemal na pewno było ostatnim, jakie Gregorio Manzano oglądał z poziomu ławki trenerskiej „Los Rojiblancos”.
Piłkarze „Los Colchoneros” przegrali w pierwszym meczu z Albacete 1:2, więc dziś nie mieli wyboru. Jeśli chcieli awansować, musieli wygrać. Trener Gregorio Manzano, który już przed spotkaniem zdawał sobie sprawę, że posady trenera Atletico nie zachowa, wystawił najmocniejszy możliwy skład i zapewne nakazał graczom ataki od pierwszych minut.

Podopieczni pewnie by szkoleniowca posłuchali, gdyby nie fakt, że sami stracili gola już w 20 sekundzie. Komentatorzy jeszcze nie zdążyli na dobre rozsiąść się w lożach, kibice jeszcze nie wyjęli z toreb słoneczników, a Victor Curto już pokonał Sergio Asenjo. Wychowanek Realu Valladolid był bezradny wobec mocnego, mierzonego strzału zza linii pola karnego. Atletico potrzebowało dwóch goli, by doprowadzić do dogrywki i trzech, by wygrać. Można było się spodziewać, że madrytczycy zaatakują z furią – nie mieli nic do stracenia. Zaatakowali, ale zdecydowanie bez furii. Dobrą okazję miał Falcao, ale holował piłkę tak długo, że ostatecznie wpadła ona w ręce Camposa. Świetną, naprawdę doskonałą szansę na wyrównanie zmarnował w 18. minucie Adrian. Hiszpan uniknął spalonego, zgubił obrońcę i na dobrą sprawę miał przed sobą 25 metrów wolnej przestrzeni. On i bramkarz. I boczna siatka. Nie można jednak powiedzieć, że Atletico miało jakąś szczególnie wielką przewagę – Albacete też atakowało, głównie z kontry, co nie jest wcale dziwne, biorąc pod uwagę stan dwumeczu. Kontra wyprowadzona w 21. minucie pewnie skończyłaby się golem, gdyby z piłką na bramkę sunął piłkarz o większych umiejętnościach i większej odwadze niż Calle.
Z czasem obrona „Alba” była coraz bardziej desperacka. Piłkarze przestali się troszczyć o akcje ofensywne i skupili na wybijaniu futbolówki z całych sił przed siebie. Nawet taka wyraźna panika w szykach rywala nie dodała skrzydeł gospodarzom. Strzał Diego z 33. minuty był dowodem na to, że coś jest w Atletico bardzo nie tak. Brazylijczyk dostał piłkę, przebiegł z nią parę metrów i, nie wiedząc co robić, strzelił w kierunku bramki z siłą praktycznie zerową. Futbolówka dotarła wprost w ręce Camposa, nic więcej. Przewaga gospodarzy z każdą chwilą rosła, „Los Colchoneros” sprawiali wrażenie ludzi, którzy chcą wejść z piłką do bramki i nieakceptujących innego sposobu strzelania goli. W przedostatniej akcji pierwszej połowy po raz kolejny dali o sobie znać atakujący Albacete. Tym razem strzał zza pola karnego nie był wystarczająco dobry. Był wystarczająco zły, albo i gorszy. A w ostatniej akcji Victor Curto powinien trafić na 0:2. Nie miał innego wyjścia. Był sam na sam, huknął z całych sił, ale prosto w bramkarza.











