2009 rok, z Bundesligi spada ostatni jak na razie przedstawiciel byłej NRD – Energie Cottbus, a w Lipsku zaczynają rodzić się marzenia o powstaniu hegemona, który w przyszłości ma straszyć najlepszych. Przez te prawie siedem lat wschodnie Niemcy nie doczekały się przedstawiciela w elicie, ale wszystko wskazuje na to, że zła passa zostanie przerwana. RB Lipsk kroczy pewnym krokiem w kierunku uzyskania promocji.
Zanim skupimy się na teraźniejszości, czas wrócić do początków tworu, który jest przez niektórych uwielbiany, ale przez większość jednak wyszydzany i krytykowany. Właśnie w 2009 roku Dietrich Mateschitz, austriacki biznesmen związany z korporacją Red Bull, postanowił zainwestować pieniądze w grający wówczas w piątej lidze SSV Markanstädt, zmieniając nazwę klubu na RB Lipsk. Wschodnie Niemcy były więc kolejnym przystankiem na drodze przejmowania drużyn sportowych przez koncern produkujący napoje energetyczne (wcześniej przejął on m.in. zespół z Nowego Jorku, w którym później grały takie nazwiska jak Henry czy Marquez, a także Austrię Salzburg, z czym nie mogli się pogodzić kibice, dlatego że zmieniono logo i odcięto się tak naprawdę od spuścizny).
Już po jednym sezonie RB Lipsk awansował do 4. ligi, po trzech do 3. ligi, a wiosną 2014 roku stało się jasne, że założony dokładnie 19 maja 2009 roku zespół powalczy na zapleczu Bundesligi. Pierwsza kampania nie przyniosła sukcesu (5. miejsce na mecie rozgrywek). Wszystko wskazuje na to, że druga okaże się udana i marzenia o elicie staną się rzeczywistością (po 28 kolejkach drużyna zajmuje 2. lokatę z dorobkiem 59 punktów).

Tyle tytułem wstępu. Aha, jeszcze jedna ważna rzecz. Być może zastanawialiście się kiedyś, dlaczego na RB Lipsk mówi się Rasenball Lipsk, a nie po prostu Red Bull Lipsk? Wszystko z powodu prawa, które zabrania klubom piłkarskim nadawać nazwy sponsorów (wyjątkiem od reguły jest Bayer Leverkusen).
Siła tkwi w pieniądzu
To zdanie idealnie pasuje jako opis głównego atutu założonego niespełna siedem lat temu klubu. Pieniądze są w nim niemal nieograniczone i płyną z roku na rok coraz szerszym strumieniem. Już latem wydano prawie 20 milionów euro, z czego 8 tylko na samego Daviego Selke (dodajmy, że nawet mimo tej zawrotnej sumy młody Niemiec nie ma pewnego miejsca w wyjściowym składzie i ostatnio musi często przesiadywać na ławce rezerwowych), a spekulacje mediów sięgają jeszcze głębiej. Tuż po awansie działacze mają rozdysponować bagatela (!) 200 mln euro. Można to opisać jednym słowem: szaleństwo!
Celem numer jeden jest Leroy Sane. Młody, niezwykle utalentowany pomocnik Schalke jest według wielu piłkarzem, o którego usługi będą w najbliższym czasie zabiegać największe europejskie marki. Media co rusz informują jednak, że interesują go tylko dwa kierunki: albo FC Barcelona, albo właśnie lipski gigant – napisali kilka miesięcy temu dziennikarze „Bilda”. Innym gorącym nazwiskiem jest z kolei Bernd Leno, który miałby wzmocnić konkurencję na bramce (obecnie golkiperami są znany z pobytu na Anfield Peter Gulacsi, a także Fabio Coltorti, który w zeszłym sezonie strzelił nawet bramkę).










