Nie ma na świecie drugiej takiej drużyny narodowej, którą dałoby się porównać z reprezentacją Anglii. Pomimo braku znaczących sukcesów oczekiwania wobec „Synów Albionu” nie maleją, a Anglicy określani są często mianem zespołu, którego czas może w końcu nadejść. Mecz z Tunezją miał być pierwszym przypomnieniem, że Anglii nie należy lekceważyć. Nie wszystko poszło jednak zgodnie z planem.
Szturm
Po pierwszych dziesięciu minutach w naszych głowach rysować się mógł zupełnie inny obraz tego spotkania. Anglicy rozpoczęli wysokim pressingiem, byli zdecydowani w swoich akcjach, błyskawicznie transportowali piłkę pod bramkę Hassena i co najważniejsze – stwarzali faktyczne zagrożenie.
Nawet sytuacja, w której Sterling nie potrafił skierować futbolówki do pustej bramki, nie mogła zbytnio podłamać kibiców z Wysp, gdyż czuło się, że gol wisi w powietrzu. Chaotyczna gra w defensywie i ogromny problem z kryciem strefą – tu szukać należy przyczyny słabego początku drużyny, która po raz ostatni na mundialu zagrała w 2006 roku. Dokładnie te same powody doprowadziły bezpośrednio do straty pierwszego gola przez reprezentację Tunezji. Choć bramkarz Tunezyjczyków – Hassen – dwoił się i troił na linii, to przy dobitce Harry’ego Kane’a nie miał już żadnych szans. Strzelona przez byłego króla strzelców Premier League bramka zamknęła pierwszy rozdział rozgrywanego w Wołgogradzie spotkania.
Powrót starych demonów
Czy należało się spodziewać tego, co stało się później? Każdy, kto wcześniej widział przynajmniej jeden mecz turniejowy Anglików, błyskawicznie odpowie „tak”. Nie sposób zrzucić wszystkiego na stosunkowo niewielkie doświadczenie linii defensywnej. Wszak sam Walker, którego lewa ręka wylądowała na twarzy jednego z rywali, młodzieniaszkiem już nie jest. Tak czy siak liczne straty i ogromna niefrasobliwość defensywy „Synów Albionu” doprowadziły do tego, że Wyspiarzy miały czekać nerwowe minuty.











