„Jesteśmy zawsze tam…” – stuletni Raków Częstochowa oczami kibiców


Sto lat to za mało! – historia domykająca setny rok istnienia Rakowa

13 grudnia 2021 „Jesteśmy zawsze tam…” – stuletni Raków Częstochowa oczami kibiców
archiwum prywatne

Mówi się o nich dwunasty zawodnik. Są wsparciem na boisku i poza nim. W ostatnim czasie pokrzywdzeni, bo przez sytuację na świecie nie mogli być zawsze z drużyną. Często są gotowi poświęcić prywatne życie, aby być na nawet najbardziej odległym wyjeździe. Jak widzą ten wiek istnienia Rakowa? Panie i panowie, zapraszam na podróż w czasie. Bohaterem głównym tej książki jest pewna częstochowska drużyna, a narratorami jej oddani kibice. Zaczynajmy!


Udostępnij na Udostępnij na

Prolog

Dziś Raków coraz śmielej rozpycha się łokciami na piłkarskiej mapie Polski. Zna go coraz więcej kibiców, nawet postronnych, całkowicie niezwiązanych z Częstochową. Ale zanim sukcesy i trofea, po drodze wydarzyło się sporo rzeczy…

Rozdział 1. Ekstraklasa 1994–1998

Połączenie Raków – ekstraklasa kojarzymy z niedawną przeszłością, 2019 rok. Ale to nie debiut tej drużyny na szczycie. Częstochowianie grali w najwyższej klasie rozgrywkowej wcześniej, bo w latach 1994–1998. Awans w latach 90. był niedowierzaniem, choć może nie jest to idealne słowo. Zaskoczeniem? Już bardziej. Tamte czasy wspomina Wojciech Kuździeń, jeden z najzagorzalszych fanów Rakowa wtedy, a i również obecnie.

Sami działacze w to nie wierzyli. Pamiętam słowa trenera Dobosza: „skoro się nadarzyła okazja, to czemu nie skorzystać?”. I te mecze w pierwszej lidze… (ówczesna ekstraklasa – przyp. red.) – to było dla nas coś fantastycznego! Pełne trybuny, nadkomplety na meczach z Legią, Lechem, Widzewem czy Górnikiem. Nasze wizyty w tych miastach… – rozmarza się.

To, co pierwsze rzuca się w oczy, to nieustające wsparcie fanatyków oraz liczna obecność na meczach. O swojej drodze do kibicowania opowiada kolejny sympatyk „Czerwono-niebieskich”, Jakub Piwowarski. Specyficzne realia na częstochowskim stadionie były, klimacik także.

– Moja historia kibicowania sięga lat 80. W tamtych czasach wyjście na mecz to był cały rytuał. Z Tysiąclecia, na którym mieszkałem, wychodziło się z domu trzy i pół godziny przed meczem, aby dostać się na autobus nr 16 lub 24. Podróż zajmowała około godziny, ale wszystko było tak wyliczone, aby dostać się na stadion na dwie godziny przed meczem. Dzięki tak wczesnemu przybyciu można było zająć wymarzone miejsce na samym środku boiska, na obecnej trybunie C. Jako że dawniej nie było krzesełek ani wyznaczonych miejsc, tylko drewniane ławki, to panowała zasada kto pierwszy, ten lepszy…

A Kuździeń odkrywa kulisy relacji kibiców z piłkarzami w tamtym okresie… Dziś pewnie nie do pomyślenia.

My, kibice, mieliśmy wtedy bardzo zażyłe relacje z piłkarzami. Nie będę rzucał nazwiskami, ale co niektórzy dawali z nami w palnik (śmiech). Często byliśmy zabierani klubowym autokarem z wyjazdów. Jak było nas mało, to wtedy z tyłu autokaru były dyskusje przy różnych trunkach (śmiech). Tym się różni dzisiejszy Raków od tamtego. Obecny profesjonalizm i tamtejsza prowizorka. Jestem gorącym zwolennikiem obecnego profesjonalizmu.

Obaj panowie wspominają pewien kluczowy mecz, który bardzo zapadł w ich pamięć. Mowa o spotkaniu, które dało awans do ekstraklasy w latach 90. – mecz z Arką Gdynia.

Piwowarski wspomina, jaka atmosfera panowała wtedy na Limanowskiego 83…

– Do Częstochowy przyjechała Arka Gdynia. Na stadionie nie dało się wcisnąć szpilki. Na łukach oraz pod zegarem kłębiło się od ludzi oczekujących zwycięstwa i świętowania awansu. I stało się – drużyna grała jak natchniona. Wynik 6:1 i historyczny awans. Spełnienie moich marzeń. Dostaliśmy się tam, gdzie nie śniło mi się w roku 1985. 

… a popularny „Kundzia” dodaje, co działo się po końcowym gwizdku, gdy w Częstochowie była już ekstraklasa!

– Pełne trybuny, atmosfera świetna i to przekonanie, że jesteśmy świadkami czegoś wyjątkowego. Pokaźne zwycięstwo, wyskok na murawę i walka o koszulki piłkarzy – wygrana walka (śmiech) (…) Raków przebił wtedy szklany sufit. Pokazał, że da się zerwać ze stereotypem klubu prowincjonalnego, skazanego co najwyżej na drugą ligę. Nikt z nas wtedy nie zakładał, że awansujemy. 

Do roku 1998 było pięknie. Wyżej już nie dało się awansować, elita. Niestety w tym roku nastąpił spadek i zaczęła się kilkunastoletnia walka o odbudowę klubu w każdym aspekcie…

Rozdział 2. Koszarawa, 2005 r.

Nadszedł rok 2005. Wypchany po brzegi, pękający w szwach skansen na L83 – wydarzenie musiało być szczególne. A i owszem! Raków walczył w barażu z Koszarawą Żywiec o 3. ligę. Kto nie miał okazji być na tym meczu lub obejrzeć go z odtworzenia – musi koniecznie nadrobić! Szczególnie gdy doszło do serii „jedenastek”…

Ciekawostką jest, że w tamtym meczu grał (i nawet strzelał rzut karny) Piotr Malinowski, legenda Rakowa. Po kilkunastu latach wrócił do Częstochowy i walczył o mistrzostwo Polski, a wtedy o awans do 3. ligi…

Łukasz Laskowski / PressFocus

Krąży legenda (mniej lub bardziej prawdziwa), że bramka, na którą były strzelane rzuty karne tamtego dnia, pomogła gospodarzom. Pewnie całkiem nieświadomie, ale miała być wkopana trochę zbyt głęboko. Zapytacie – no i co z tego? A to, że jedna z „jedenastek” została obroniona przez bramkarza Rakowa. Konkretnie piłka tak się odbiła od golkipera, że następnie uderzyła poprzeczkę. Już rozumiecie? Gdyby ta bramka (co za tym idzie – poprzeczka także) nie była za bardzo wkopana w ziemię, to odbita od golkipera futbolówka wpadłaby do sieci, a nie uderzyła w poprzeczkę. Może drobnostka, chociaż… Ale koniec już moich mądrości. Niech wypowiedzą się ci, którzy pamiętają ten dzień lepiej ode mnie!

Jakub Piwowarski krótko określa wagę tego spotkania:

– Mecze z Koszarawą, które chyba na zawsze pozostaną punktem zwrotnym, niezapomnianym, ale też wrzucające w fotel, z niesamowitymi sytuacjami.

Zarówno Dawid Frączyński, jak i Robert Parkitny – wierni fani Rakowa, uważają ten mecz za ich pierwsze świadome spotkanie. To, które było dla nich początkiem czerwono-niebieskiej podróży.

– Pierwszego świadomego kibicowania na Rakowie doświadczyłem podczas meczu barażowego z Koszarawą Żywiec o wejście do 3. ligi w 2005 r. Wcześniej bywałem już na stadionie przy Limanowskiego, ale to właśnie ten mecz i emocje z nim związane sprawiły, że na dobre wkręciłem się w kibicowanie „Czerwono-niebieskim” – wspomina Parkitny.

A Frączyński wspomina emocje, jakie mu towarzyszyły:

– Miałem wtedy 8 lat! Stadion wypchany po brzegi, feta po ostatnim karnym… To są te emocje, których człowiek nigdy nie zapomni!

Raków to rodzina, pasja przekazywana z pokolenia na pokolenie. Dawid Frączyński przypomina, co (a właściwie kto) sprawiło, że jego serce zaczęło być czerwono-niebieskie…

– Dlaczego Raków? Dziadek, pracując w Hucie Częstochowa, dawał składki na klub i Raków był dla niego czymś więcej niż tylko klubem. Zabrał mnie na Raków jeszcze w wózku. Z tego, co pamiętam, to mówił, że miałem niecałe dwa lata. Opowiadał mi, jak powiedział moim rodzicom, że chce wziąć wnuka na spacer i zabrał mnie z Ostatniego Grosza na spacer na Limanowskiego…

Rozdział 3. Od dna można się odbić

Łatwo mówi się o obecnych sukcesach Rakowa, gdy nie drży się o być,albo nie być ukochanego klubu… Ale bez tych problemów zespół nie byłby tu, gdzie jest teraz, bo trudne doświadczenia też nas budują. Może klub musiał otrzeć się o upadek, aby na Limanowskiego 83 pojawił się Michał Świerczewski i przejął stery?

Kolejny z rozmówców – Przemek Waszko – opowiada o trudnych latach, ale stara się dostrzec pozytywne aspekty. Temat ciągle przewijający się w historii Rakowa – kibice. Oni byli, gdy było bardzo trudno, są teraz, gdy jest pięknie.

– Po spadku w 1998 roku do 2010 było trudno (…) Zacząłem czynnie jeździć na wyjazdy w 2003 roku (…) Później jedyne, co utkwiło mi w pamięci, to „Piłkarska Gwiazdka” 20 grudnia 2009 roku. Było na niej zakończenie piłkarskiej kariery Jerzego Brzęczka w Hali Polonia. Kibiców Rakowa było mnóstwo, najwięcej jak do tej pory. To wreszcie pokazało, że Raków ma fanów w Częstochowie i nie może zniknąć z piłkarskiej mapy Polski. Super atmosfera, najlepsza ze wszystkich „Gwiazdek”! Co później – każdy już wie. Zaczęliśmy marsz organizacyjny w górę aż po obecny czas – kończy.

Dzisiaj to tylko koszmar przeszłości. Lepiej więcej uwagi poświęcić tym pozytywnym momentom. Jak można usłyszeć na rapowej płycie wydanej przez kibiców Rakowa na stulecie, „w klubie nie było kasy”. Mimo tego ciągle „wiernych fanatyków słychać było doping”. To pozwoliło przetrwać i doczekać pięknej ery. Nowego rozdziału w historii, który zaczął pisać obecny właściciel Rakowa, Michał Świerczewski.

Rozdział 4. Zza chmur wyszło słońce

Zza wieży Jasnej Góry w końcu wychyliły się słoneczne promienie i zawitały na dzielnicę Raków. Ciemne chmury zaczęły się oddalać, a czerwono-niebieskie serca stawały się coraz lżejsze. Ubywało zmartwień, a przybywało powodów do radości i optymizmu. Wszystko za sprawą jednego człowieka. Choć stoi za nim grono ludzi, to on jest najbardziej utożsamiany z kierowaniem Rakowem. Michał Świerczewski. Należy mu się osobny rozdział w tej historii. Pochodzi z Częstochowy i rozwinął wspaniałe biznesy. Zaangażowanie w Raków sprawiło, że stał się coraz bardziej rozpoznawalny w środowisku. Wielu fanów „Medalików” jest mu dozgonnie wdzięcznych, lecz jak zauważa Przemek Waszko, wcześniej nawet nie wiedział, co to x-kom (firma Świerczewskiego – przyp. red.).

– Firmy x-kom nie kojarzyłem, zanim Michał Świerczewski w 2011 roku wszedł jako sponsor. Później w 2014 roku stał się właścicielem klubu. Szanuję to, że kibic bierze sprawy w swoje ręce i własnymi środkami wyciąga klub z dołka. Szacunek dla p. Michała do końca życia! Częstochowa, miasto święte i cud w postaci takiego człowieka, który się tutaj znalazł. Bez niego Raków by nie istniał w takiej postaci jak obecnie.

Raków jest znany ze słynnego planu, który udało się zrealizować w 110%. Szczegółowo zarysowana droga rozwoju klubu sprawdziła się lepiej, niż można było zakładać. Metą był największy sukces na stulecie klubu. Dziś, patrząc przez pryzmat kilku lat, możemy ten plan rozliczyć. Z pełną odpowiedzialnością można rzec, że gdyby każdy klub w Polsce realizował postawione sobie cele choćby w 50-60% jak Raków, to nasza liga i pozycja w świecie piłkarskim byłaby zupełnie inna.

Fani Rakowa z niecierpliwością dopytują, kiedy zostanie przedstawiony nowy plan rozwoju i co będzie zawierał. Nic dziwnego, że nie mogą się doczekać – jeśli będzie on tak ambitny i konsekwentnie realizowany jak poprzedni, Raków czeka świetlana przyszłość.

Rozdział 5. Nauczyciel z Warszawy na ratunek

Ręka Świerczewskiego jest widoczna przy wyborze trenera. Wynalazł go, wytrzasnął znikąd, teraz każdy go zna. Gdy w 2016 roku do klubu przychodził nauczyciel historii i wf-u, trudno było wyrokować, że to strzał „w dziesiątkę”. Bo w sumie, dlaczego miało tak być? Więcej było „przeciw” niż „za”. Marek Papszun obronił się i dał Rakowowi największe chwile radości w ciągu wieku istnienia. Trener sezonu w ekstraklasie, statuetki trenera miesiąca, spekulacje odnośnie do zmiany klubu czy objęcia reprezentacji – sam też się wprowadził na inny level.

Piotr Tokarczyk

Do 2016 roku cofa się przedstawicielka płci pięknej i wierna fanka Rakowa – Kasia Poznańska.

– Dla każdego kibica Rakowa zmiana trenera wydawała się wtedy konieczna, ale nie wiem, czy jest ktoś, kto by przypuszczał, że ten człowiek będzie sprawcą tak pięknej historii, która wciąż pisze się na naszych oczach. W sezonie, w którym dołączył do klubu, nie mógł już tak naprawdę wiele zrobić, ale już wtedy dał się poznać jako bardzo charakterny człowiek.

Wspomina także sytuację, która dobrze obrazuje charakter Papszuna i sprawiła, że zyskał spory szacunek wśród fanatyków.

– Po ostatnim meczu sezonu jako kibice pod budynkiem klubowym wyrażaliśmy swoje niezadowolenie i podkreślaliśmy, śpiewając, że „Raków to my”. Potrafił wyjść do nas i wypowiedzieć swoje zdanie. Widać było od razu, że facet ma przysłowiowe jaja – przywołuje Poznańska.

Papszun przyciągnął fanów, bo szedł z nim powiew świeżości, nadzieja na lepsze wyniki, które także nadeszły. Kolejny sympatyk Rakowa, Bartłomiej Zug, przyznaje, że to właśnie wtedy zaczął na serio kibicować Rakowowi.

– Moje świadome kibicowanie drużynie Rakowa, tzn. śledzenie wyników, regularne obserwowanie meczów, było równoczesne z przyjściem trenera. Nie było specjalnych oczekiwań. To wciąż była drużyna bliska sercu, tak jak za czasów młodzieńczych, ale rozum podpowiadał, że nie należy się niczego spodziewać poza walką tu, gdzie jesteśmy, czyli II liga.

Łatwo jest komuś zaufać? Zadajcie sobie to pytanie. Nawet w prywatnych relacjach nie przychodzi to ot tak. A tu musisz, czy chcesz czy nie, zaakceptować wybór właściciela i czekać, aż okaże się, czy zdecydował się na właściwą osobę. Ale na zaufaniu opierają się dobre relacje i stanowi ono fundament, na którym można coś budować.

Kasia Poznańska mówi, jak podeszli do tego fani Rakowa. Jak widać po upływie czasu – opłaciło się.

– Najważniejszy człowiek w tej układance zaufał Papszunowi i go zatrudnił, a ponieważ my ufamy jemu, czyli Michałowi Świerczewskiemu, to patrzyliśmy z zaciekawieniem, ale przede wszystkim z wielkimi nadziejami na to, co się wydarzy. Odkąd stery drużyny przejął jako trener Marek Papszun, trwa piękny czerwono-niebieski sen na jawie kibiców Rakowa Częstochowa – kończy Kasia.

Rozdział 6. Gdzie zatrzyma się ten czerwono-niebieski pociąg?

Właściwie powinnam napisać tramwaj, bo chyba każdy kojarzy ten kadr z jednego meczu na Limanowskiego 83… Ale nie o tym, bo jest dużo ważniejsza sprawa. Gdzie jest sufit Rakowa? Paru fanów wyraziło swoją opinię na ten temat.

Zacznijmy od pań… Kasia Poznańska zwraca uwagę, że kiedyś też nikt by nie pomyślał o obecnych sukcesach, więc kto wie, co będzie w przyszłości?

– Myślę, że ta wiara w to, „że kiedyś zasłynie nasz święty klub, nasz RKS”, w każdym kibicu Rakowa rozbudzała takie marzenia, jakkolwiek by się one wydawały nierealne. Faktycznie rzeczywistość przerosła oczekiwania, a ostatnie kilka lat rekompensuje nam z nawiązką ten długi i trudny wcześniejszy czas. Dla kibiców Rakowa, którzy mają ten klub w sercu od bardzo dawna, to jest nagroda za lata nieustającej wiary, pasji, oddania i często ogromnego poświęcenia. Duma, jaką w sobie nosimy, jest niemierzalna. Emocje i uczucia, jakie generuje Raków, są najpiękniejsze na świecie. Nawet nie da się tego opisać. To trzeba poczuć. Raków pokazuje, że nie marzenia się spełniają, tylko, że marzenia się spełnia. Uczestniczyć w tej drodze – bezcenne.

Gdzie za kilka lat widzi Raków Bartłomiej Zug?

– Opierając się na tym, co widzę teraz, to jeśli będzie kontynuowane to, co jest, taka praca wielu ludzi w klubie, może jeszcze większa samorządu, budowa środowiska wokół drużyny, to jest szansa na stabilny klub piłkarski na wysokim poziomie na mapie Polski z aspiracjami europejskimi. Marzenia kibica są takie, żeby Raków bił się co roku o medale w kraju, miał silną pozycję, był niezależnym „podmiotem – projektem”, który opiera się zmianom ekonomicznym i politycznym. Marzenia sięgają dalej… chciałbym pojeździć z drużyną po europejskich stadionach i pooglądać, jak Raków „kroi” europejskie potęgi (śmiech). 

Dawid Frączyński ze spokojem twierdzi, że nie ma się co bać o przyszłość Rakowa z tak oddanymi i fachowymi ludźmi za sterami, jacy są teraz.

– Według mnie jeszcze wiele osób będzie zaskoczonych poczynaniami naszego klubu, a największe sukcesy są dopiero przed nami. Od momentu awansu Rakowa do I ligi czytam komentarze w internecie, że Raków spuchnie, że to sufit częstochowskiej drużyny, ale jakoś nie potrafi się to na nasze szczęście ziścić. Niezmiernie cieszę się, że klub jest zarządzany przez osoby stąd, które są kibicami naszego klubu, na czele z Michałem Świerczewskim! Wierzę, że wszystko przed nami. Mam nadzieję, że miasto w końcu się obudzi i powstanie obiekt na miarę ekstraklasy w Częstochowie – kończy optymistycznie.

Kiedyś kibic Rakowa budził się i nie wiedział, czy klub jeszcze istnieje i zastanawiał się, co może się dziś wydarzyć. Dziś po przebudzeniu sprawdza zdjęcia i filmiki z radości w szatni po wygranym meczu. I powiedzcie, że nie warto walczyć o marzenia…

Wiek minął, a na koniec się wcale nie zapowiada! Niech ta historia trwa dalej i doczeka świętowania następnych stuleci. Rakowie, kolejnych stu i jeszcze więcej lat istnienia!

Komentarze
Marek (gość) - 10 miesięcy temu

33 lata temu na pierwszy mecz zabrał mnie mój Tata .Atmosfera była super ,później zacząłem trenować w trampkarzach w Rakowie .Mecze ekstraklasy były niesamowite zrywałem sie ze szkoły aby zobaczyć mecze Rakowa np z Legią .Później załapałem sie do ,,służb porządkowych " teraz jest ochrona .Wpuszczaliśmy kibiców przyjezdnych czesto bywało śmiesznie i strasznie .Gdy tamten Raków sprzedawał piłkarzy do innych ,,lepszych " klubów było wiadomo że długo nie bedzie w ekstraklasie a i o powrocie można było marzyć .Mecz z Koszarawą był niesamowity tyle karnych .Teraz Raków jest mocniejszy finansowo i kadrowo mam nadzieje że dalej bedzie sie rozwijać .Pozdrawiam .Był Bedzie Jest Raków RKS

Odpowiedz
Maczeta (gość) - 9 miesięcy temu

Dziękuję za ten ciekawy reportaż, życzę kibicom wszystkich klubów w Polsce, żeby przeżywali takie emocje, jak kibice Rakowa w ostatnich latach.

Odpowiedz
Dodaj komentarz

Zapraszamy do kulturalnej dyskusji.

Najnowsze