Jakim cudem Unai Emery okazał się aż takim niewypałem w Arsenalu?


Emery po osiemnastu miesiącach opuszcza Emirates Stadium, zostawiając za sobą chaos.

29 listopada 2019 Jakim cudem Unai Emery okazał się aż takim niewypałem w Arsenalu?
https://arsenaltruefans.com

Spoglądając z boku na cały okres rządów Hiszpana w Arsenalu, można zadać sobie pytanie: dlaczego tak szybko zrobiło się tak źle? Unai Emery został dziś zwolniony z funkcji menedżera „Kanonierów”, zostawiając za sobą drużynę bez kręgosłupa.


Udostępnij na Udostępnij na

A przecież miało być tak dobrze. Gdy Arsenal kontraktował Unaia Emery’ego jako następcę Arsene’a Wengera, miał on stworzyć nową erę w historii klubu. Jako jeden z najbardziej utytułowanych trenerów ostatniej dekady przychodził na Emirates z myślą odświeżenia drużyny i wprowadzenia ofensywnego, bezpośredniego futbolu.

I momentami było całkiem nieźle – seria jedenastu zwycięstw z rzędu na początku pierwszego sezonu, efektowna wygrana z Tottenhamem w derbach oraz finał Ligi Europy. Wśród kibiców zaczęło kiełkować przekonanie, że „Emeryball” może rzeczywiście wypalić. Jednak z czasem coraz mocniej utwierdzaliśmy się w przekonaniu, że Emery kompletnie nie pasował do swojej roli.

Emery i jego problemy z komunikacją

Gdy Arsene Wenger żegnał się z pracą po ponad 20 latach, w klubie panował nastrój zbliżony do żałoby. Jego odejście odczuli wszyscy – od piłkarzy, przez kibiców, na sprzątaczkach i fizjoterapeutach kończąc. Francuz był bowiem postacią, która dotknęła tam każdego elementu i kompletnie zreorganizowała strukturę klubu. Stał się kimś więcej niż tylko trenerem, on rzeczywiście był menedżerem całego Arsenalu.

Unai Emery był co najwyżej trenerem pierwszego zespołu. Po Hiszpanie nikt w Londynie płakać nie będzie, a zapewne nawet strzeli kilka korków z drogich szampanów. Emery bowiem był w klubie postacią nielubianą. Nieobecną i zdystansowaną. Dystans to wszakże słowo, które idealnie opisywało relacje tego szkoleniowca.

Pierwsza sprawa – angielski. Choć momentami jego słowna gimnastyka bywała zabawna (słynne „good ebening”), tworzyła jednak pewien poważny problem. Emery’ego nie rozumieli nie tylko dziennikarze i kibice. Jego nie rozumieli przede wszystkim piłkarze. Do angielskich mediów raz za razem wychodziły doniesienia, że zawodnicy często są skołowani instrukcjami, jakie otrzymywali z ust Hiszpana.

Kiepsko władający językiem i zamknięty na otoczenie Emery nie potrafił nawiązać mocniejszych więzi także z kibicami. Gdy ci chcieli zaczepić go okrzykami z trybun i prosili chociaż o pomachanie w ich kierunku, Emery nie reagował i stał z rękami w kieszeni. Będąc zupełnym przeciwieństwem Juergena Kloppa czy Pepa Guardioli, Hiszpan irytował swoją nijakością i brakiem charakteru. Emery swoją postawą nie potrafił wypracować sobie przyjaciół, co później szybko przysporzyło mu nowych wrogów.

Brak charyzmy u trenera odbija się na drużynie

Z czasem okazało się, że spełnił się najgorszy scenariusz dla każdego trenera. Tymi wrogami Emery’ego zostali przecież sami zawodnicy. Nie jest już tajemnicą, że piłkarze od jakiegoś czasu otwarcie szydzili ze swojego szefa. Dzisiejszy „Standard” donosi na przykład, że zawodnicy nie boją się na głos żartować: „to ilu mamy w końcu tych kapitanów?” To oczywiście w nawiązaniu do kryzysu w szatni „Kanonierów”.

Gdy sternikiem tak dużego klubu zostaje człowiek pozbawiony jakiejkolwiek charyzmy i szacunku, katastrofa jest tylko kwestią czasu. Brak autorytetu i woli walki przechodzi później także na klub. Arsenal pod wodzą Emery’ego stał się bowiem drużyną miękką. Tak jak swój nijaki menedżer, tak i zespół nie potrafił wypracować własnego stylu i charakteru.

Tchórzliwe usposobienie Emery’ego miało odzwierciedlenie w wynikach Arsenalu. Ileż razy byliśmy wszakże świadkami sytuacji, gdy „Kanonierzy” po objęciu prowadzenia panicznie cofali się do obrony i ostateczne tracili przewagę. Albo gdy przegrywając, Emery wpuszczał na boisko Lucasa Torreirę, defensywnego pomocnika.

Konflikt z Xhaką i Oezilem

Tak nieudolne prowadzenie relacji wewnątrz klubowych musiało znaleźć swoje ujście. Od dłuższego czasu bowiem w szatni Arsenalu nie działo się najlepiej. A zaczęło się psuć już od samego początku i odejścia Laurenta Kościelnego. Fałszywe obietnice odnośnie do przedłużenia kontraktu, nadmierna eksploatacja zawodnika i odwlekanie potwierdzenia go w roli kapitana. To, w jaki sposób Emery potraktował ówczesnego kapitana „Kanonierów”, zwiastowało kolejne kłopoty. Francuz został bez żalu oddany do Bordeaux, a w drużynie powstał problem z przypisaniem kapitańskiej opaski.

Pozbywając się takich postaci jak wspomniany Koscielny, Ramsey czy Petr Cech, Emery obudził się z drużyną pozbawioną liderów. Bo choć znajdują się tam piłkarze obdarzeni dużymi umiejętnościami, to nie było nikogo, kto pasowałby do roli kapitana. Z braku innego wyjścia wybrano Granita Xhakę, ale Szwajcar od początku nie pasował do tej roli.

Gdy później Xhaka ostentacyjnie rzucał koszulką po zejściu z boiska, pęknięcia w drużynie stały się oczywistością. Szwajcar ostatecznie nie okazał skruchy, a do tego został pozbawiony opaski kapitańskiej. Brak charyzmy Emery’ego po raz kolejny nie pozwolił mu ugasić szalejącego pożaru w szatni.

Do tego wszystkiego dochodzi kuriozalna sprawa z Mesutem Oezilem, który stał się u Unaia Emery’ego niemalże persona non grata. Niemiec został całkowicie odsunięty od gry pierwszego zespołu, skupiając się później na publikowaniu kolejnych szyderczych postów w mediach społecznościowych. Chociaż Niemiec rzeczywiście nie błyszczał formą w ostatnich miesiącach, to trudno uwierzyć, by tak kreatywny zawodnik nie był w stanie chociaż trochę pomóc drużynie w obecnym kryzysie.

Emery i jego brak pomysłu na Arsenal

I tu dochodzimy do mimo wszystko najważniejszego grzechu hiszpańskiego menedżera – wyniki. Bo jeżeli Arsenal wygrywałby seryjnie kolejne spotkania, żaden z kibiców nie miałby mu za złe jego akcentu i dziwnego zachowania. Dobry futbol zawsze się obroni, jednak „Kanonierzy” od dawna takowego nie prezentowali.

Osiem punktów straty do czwartej w tabeli Chelsea, najgorsza passa bez zwycięstwa od 1992 roku i wstydliwa porażka z Eintrachtem Frankfurt przy niemalże pustym Emirates. Kibice „Kanonierów” zaczynają powoli tęsknić za czasami, gdy ich klub był wyśmiewany za regularne zajmowanie czwartego miejsca. Miejsca, które dziś wydaje się jedynie odległym marzeniem.

Emery przede wszystkim nie potrafił narzucić swojej drużynie żadnego konkretnego stylu gry. Momentami można było odnieść wrażenie, że Hiszpan bardziej skupia się na eliminowaniu atutów rywali aniżeli uwypuklaniu zalet własnych zawodników. Ostatni ligowy mecz z Southampton musiał przelać czarę goryczy, gdy Emery wystawił na plac gry pięciu obrońców. I to przeciwko ekipie, która jeszcze niedawno przegrała w lidze 0:9.

Arsenal wydawał się najmocniejszy w kontrataku, jednak do tej taktyki potrzeba solidnej obrony. A tutaj wszyscy wiemy, jak tragicznie londyńczycy prezentowali się na tyłach. W Premier League tylko na bramkę Norwich i Southampton oddano więcej strzałów w tym sezonie. Chybione sprowadzenie Davida Luiza, który miał załatać obronę Arsenalu, a okazał się równie wielką dziurą co Sokratis.

Brak progresu u piłkarzy

Gdy teraz zestawimy pracę Emery’ego z tym, co w innej części Londynu wyczynia Frank Lampard, różnica jest kolosalna. Hiszpan nie tylko nie potrafił wycisnąć czegoś więcej ze swoich zawodników – on ich ograniczał.

Lucas Torreira, który po przybyciu z Włoch zapowiadał się na jednego z najlepszych defensywnych pomocników w lidze, obecnie jest raczej pierwszym rezerwowym i piłkarzem całkowicie zatrzymanym w rozwoju.

Nicholas Pepe, czyli najdroższy zawodnik w historii „Kanonierów”. 72 miliony funtów, które jak dotąd zupełnie nie wyglądają jak dobrze zainwestowane pieniądze. Emery nie potrafił znaleźć odpowiedniego systemu dla swojej gwiazdy, często rzucając go na prawej pomocy w systemie 4–2–3–1.

Joe Willock, który zaczął sezon znakomicie, ale wyglądał na coraz bardziej zagubionego z każdym spotkaniem.

To wszystko daje nam obraz drużyny chaotycznej, która w trakcie rządów Hiszpana pozbawiona była kręgosłupa mentalnego i piłkarskiego. A to wszystko skwitowane czwartkową porażką z drużyną z środka tabeli Bundesligi przy najniższej frekwencji w historii Emirates.

Co dalej?

Zbierając to wszystko do kupy można stwierdzić, że zwolnienie Emery’ego było nieuniknione. Trener ten okazał się niezdolny do prowadzenia firmy tak wielkiej jak Arsenal. Z perspektywy czasu te osiemnaście miesięcy od zwolnienia Wengera są czasem straconym. Klub nie posunął się w żadnym aspekcie do przodu, a może nawet zaliczył regres w niektórych obszarach.

Na razie tymczasowym trenerem pozostaje Freddie Ljungberg, ale angielskie media już szaleją w debacie o nazwisko kolejnego menedżera „Kanonierów”. Najczęściej pada Nuno Espirito Santo, ale wydaje się, że to byłby kolejny półśrodek. Arsenal potrzebuje teraz kogoś takiego jak Mikel Arteta. Człowieka, który rozwinął się pod okiem Pepa Guardioli, i który zacznie wszystko od punktu 0. Jeszcze raz, na nowo. Na wzór sąsiadów z niebieskiej części Londynu.

Komentarze
mr_roba (gość) - 2 tygodnie temu

Najpierw odejście Sir Alexa Fergusona, potem Wengera uświadomiło nam jak wielkimi byli postaciami. Jak wiele dawali klubowi a przede wszystkim zawodnikom.
Niestety czas jest nieubłagany i nawet najlepszy trener na świecie kiedyś odchodzi na emeryturę lub jest zwalniany bo potrzeba świeżej krwi.
Jak dużo czasu i mądrości potrzeba aby znaleźć odpowiednią osobę, która pociągnie klub do przodu, odbuduje jego renomę.
Niestety trenerzy tacy jak Klopp są rzadkością, ale na pewno gdzie tam kilku takich jest.
Może niedługo pojawią skauci, którzy będą wypatrywali talenty trenerskie?
Przecież te wszystkie młode, ogromnie bogate gwiazdy trzeba ujarzmić i przekonać do swojej wizji i poświęcenia dla zespołu. A obecnie to jest ogromna sztuka.

Odpowiedz
Dodaj komentarz

Zapraszamy do kulturalnej dyskusji.

Najnowsze
Newsletter piłkarski