Los beniaminków bywa różnoraki. Niekiedy siłą rozpędu wdzierają się na sam szczyt, lecz zdecydowanie częściej ich kariera jest niczym przelot komety – ekscytująca, ale krótka. Nie inaczej jest w polskiej I lidze – prześledźmy więc poczynania nowicjuszy w obecnym sezonie tych rozgrywek.
Zawisza Bydgoszcz
Najlepiej zacząć od szczytu, a to właśnie tam raczej niespodziewanie znajduje się bydgoski klub. Z jednej strony Zawisza ma wszystko, by prawidłowo się rozwijać: całkiem duże miasto, sporą rzeszę kibiców, stabilność finansową. Z drugiej strony zakładano, że o awansie do ekstraklasy będzie dopiero można mówić za dwa, trzy lata. Jednak podopieczni Janusza Kubota, nie przejmując się konwenansami, od początku utrzymywali się w czubie tabeli. Rundę wiosenną rozpoczną ze znakomitej pozycji wicelidera (dzieląc ją z Niecieczą).
Adam Cieśliński wspomoże Olimpię Grudziądz (fot. Rafał Rusek / iGol.pl)
Najważniejszym ruchem, dzięki któremu obecnie Zawisza znajduje się w tak dobrej sytuacji, było kupno klubu przez Radosława Osucha. Wokół tej sprawy zrobiło się sporo zamieszania, gdyż przy okazji ten człowiek jest agentem piłkarskim, co wykluczało możliwość przejęcia drużyny, lecz jak zwykle pojawiły się niejasności w przepisach, które z łatwością można było wykorzystać. Dzięki temu bydgoska ekipa zyskała to, czego nie ma większość ligowych rywali – stabilność. Tu nikt nie musi się martwić, czy starczy pieniędzy na zgrupowanie, nikt nie musi miesiącami czekać na pensje, nie ma problemów ze zorganizowaniem przejazdów etc.
Do tego nikt nie ma w Zawiszy zamiaru osiadać na laurach. Od otwarcia okienka transferowego trwa wzmacnianie drużyny. Na pierwszy plan wysuwa się oczywiście jedno nazwisko – Agali. Ta transakcja przypomina bardziej robienie cyrku, jednak wywołane zamieszanie na pewno wpłynie pozytywnie na marketing Zawiszy. Trudno rozważać tu aspekt sportowy – Victor od jakiegoś czasu pozostawał bez klubu, wcześniej kopał się po czole w Chinach, a ze znanego światka futbolowego wypadł dobre kilka lat temu. Legendy mają jednak to do siebie, że niełatwo je zabić, więc Agali wciąż jedzie na opinii z gry w Schalke 04 Gelsenkirchen, a dla wielu jakby stanął czas, skoro ciągle znajdują się chętni na jego usługi. Sam zawodnik również zdaje sobie sprawę, że przyjechał do Polski głównie robić show, więc a to wspomniał o ulubionym słówku Tomasza Hajty (niestety nie przystoi mi go cytować), a to zapowiedział seryjne strzelanie bramek, czy snuł opowieści o swoich najlepszych czasach.
Doszły jednak również bardziej sportowe wzmocnienia. Choćby Vladimir Kukol, całkiem nieźle grywający w Jagiellonii Białystok, czy Marcin Drzymont, który może wnieść do drużyny sporo doświadczenia. Specyficznym pomysłem wydaje się jednak zatrudnienie Pawła Strąka, w ostatnim czasie słynącego jedynie z noszenia brzucha często mylonego z piłką… Być może jednak to na I ligę wystarczy, a że nikt specjalny nie odszedł, to na sytuację bydgoskiego Zawiszy można patrzeć ze sporą dawką optymizmu.
Sytuacja w Płocku nie nastraja pozytywnie podobnie jak położenie Zawiszy, lecz jest przynajmniej śmiesznie. Niekwestionowaną gwiazdą drużyny jest… trener Libor Pala. Czech robi show, jakiego dawno nie widziano w polskiej lidze. Z informacji, które wyciekły na Weszlo.com, jak i od samych zawodników wiadomo, że zamiast nazwisk trener lubuje się w określaniu swoich podopiecznych słodziutkim słowem na ch, zamiast zwyczajnej medycyny preferuje leczenie energią kosmiczną, a praktycznie żaden gracz nie może być pewny swojej przyszłości. Niestety wyniki nie predestynują szkoleniowca do zgrywania takiego kozaka – zaledwie czternaste miejsce.
Czy robi to jakieś wrażenie na Czechu? Raczej niespecjalne. Z sygnałów docierających z klubu łatwo można odczytać, iż zapewne za każdym razem winien jest cały świat, a nie trener, że najlepiej to by powymieniać wszystkich zawodników na lepszych itd.
Trudno przypuszczać, by w rundzie wiosennej było lepiej. W ekipie Wisły brak głośnych nazwisk, nie zanosi się na wielkie wzmocnienia, a finansowo również nie jest wybitnie (choć trzeba przyznać, że brak doniesień o wielkich zaległościach stawia ten zespół na dość dobrej pozycji pod tym względem pośród I-ligowych ekip). Największą nadzieją drużyny jest były zawodnik Śląska Wrocław – Kamil Biliński. Piłkarz na pewno ciekawy, jednak z trochę dziwną (a może raczej standardową dla polskich realiów?) karierą. Od bardzo dawna we Wrocławiu mówiło się o nim jako szczególnie utalentowanym, jednak nigdy nie mógł tego przekuć w osiągnięcia. Wypożyczany do różnej maści klubów nigdzie nie mógł zagrzać miejsca na dłużej, do tego wedle trenera Tarasiewicza miał trudny charakter do prawidłowego prowadzenia kariery. Wydaje się jednak, że może wreszcie w Płocku odnalazł swoje miejsce. Rundę jesienną miał całkiem znośną – sześć bramek to jak na taki zespół niezły rezultat i to właśnie w tym piłkarzu upatrywałbym jakichś nadziei dla Wisły. Na pewno jednak nikogo nie zdziwiłby spadek tej ekipy, choć osobiście, mając w pamięci nie tak dawne sukcesy tej drużyny, wolałbym, aby tego uniknęła.
Olimpia Grudziądz
W ekipie beniaminka z Grudziądza atmosfera jest raczej spokojna. Drużyna grała na miarę swoich możliwości i sprawiała pozytywne wrażenie, lepsze niż wskazywałaby na to tabela. Jak podkreśla większość graczy, mogło być zdecydowanie lepiej niż trzynaste miejsce i trzeba im w tym względzie przyznać rację. Było parę meczów, w których nie dopisało im szczęście, a te kilka punktów, które przez to stracili, mogłoby umiejscowić Olimpię na bezpiecznym miejscu w środku tabeli.
Dużym wzmocnieniem dla drużyny z Grudziądza może być zakontraktowanie Adama Cieślińskiego, który jeszcze w rundzie jesiennej był podstawowym zawodnikiem w ekstraklasowym Podbeskidziu. Dodając do tego brak znaczących ubytków, można przypuszczać, że na wiosnę Olimpia spokojnie nazbiera wystarczającą liczbę punktów potrzebnych do utrzymania.
Co ważne, klub jest nieźle zarządzany, co podkreślał choćby bramkarz zespołu Michał Wróbel w rozmowie z oficjalnym serwisem klubowym: – Nie ma co narzekać, gdyż sama atmosfera wokół klubu jest bardzo dobra, prezes dotrzymuje obietnic, więc tych plusów jest zdecydowanie więcej.
– Wiadomo, że tylko czołowe kluby stać na to, żeby wyjechać trzykrotnie na dwutygodniowe obozy przygotowawcze do ciepłych krajów. W Olimpii wszystko jest robione w miarę możliwości, tak jak fundusze pozwalają. Wytrwale trenujemy, bo tak naprawdę to, co przepracujesz zimą, będzie procentowało przez cały rok, latem są dwa, trzy tygodnie na trening – dodał zawodnik.
Siła drużyny leży głównie w kolektywie. Dość powiedzieć, że strzelone bramki rozłożyły się raczej równo po wszystkich zawodnikach, a najlepszym strzelcem był Piotr Ruszkul z czterema trafieniami. Kibicom może brakować bardziej znanych graczy, ale jak na razie klub nie może sobie na takich pozwolić. A skoro mowa już o fanach zespołu, to jest to kolejny atut Olimpii – frekwencja jak na warunki, wyniki i klasę rozgrywkową była co najmniej zadowalająca, co znacząco pomagało piłkarzom w osiąganiu dobrych rezultatów.
Olimpia Elbląg
Tutaj sytuacja jest zdecydowanie najgorsza ze wszystkich beniaminków. Klub ledwo wiąże koniec z końcem, a w pewnym momencie rozważano nawet wycofanie się z rozgrywek. Wyniki również nie nastrajają pozytywnie, gdyż Olimpia zajmuje ostatnie miejsce z zaledwie trzynastoma punktami na koncie. Obecnie trwa tam masowa ewakuacja, praktycznie każdy dzień przynosi informacje o kolejnym zawodniku, który zdecydował się odejść.
Najbardziej zawiedli ci najbardziej doświadczeni, jak choćby Mariusz Muszalik czy Paweł Buśkiewicz. Kibice oczekiwali zdecydowanie lepszej gry od zawodników awizowanych jako potencjalne gwiazdy ekipy, a nawet całej ligi. W tym momencie ani jeden, ani drugi nie gra już w Elblągu.
Pomysł na ratowanie klubu jest zaiste dramatyczny. Od jakiegoś czasu trwają testy graczy z niższych lig i to właśnie oni stworzą trzon zespołu. Nie trzeba chyba dodawać, że realizacja tego planu nie zwiększy szans na utrzymanie, gdyż nie można oczekiwać, by często zupełnie niedoświadczeni gracze zdołali udźwignąć ciężar walki o utrzymanie w I lidze.
Trudno o tym zespole powiedzieć coś więcej, bo za ogromny sukces będzie można przyjąć dogranie sezonu do końca i brak porażek w kompromitujących rozmiarach. W utrzymanie wierzą już tylko niepoprawni optymiści ślepo zakochani w zespole, racjonalnie szanse na powodzenie tego celu niebezpiecznie pikują w stronę zera.
Nikt jeszcze nie skomentował tego tekstu. Bądź pierwszy.
Dodaj komentarz
Los beniaminków bywa różnoraki. Niekiedy siłą rozpędu wdzierają się na sam szczyt, lecz zdecydowanie częściej ich kariera jest niczym przelot komety – ekscytująca, ale krótka. Nie inaczej jest w polskiej I lidze – prześledźmy więc poczynania nowicjuszy w obecnym sezonie tych rozgrywek.
Zawisza Bydgoszcz
Najlepiej zacząć od szczytu, a to właśnie tam raczej niespodziewanie znajduje się bydgoski klub. Z jednej strony Zawisza ma wszystko, by prawidłowo się rozwijać: całkiem duże miasto, sporą rzeszę kibiców, stabilność finansową. Z drugiej strony zakładano, że o awansie do ekstraklasy będzie dopiero można mówić za dwa, trzy lata. Jednak podopieczni Janusza Kubota, nie przejmując się konwenansami, od początku utrzymywali się w czubie tabeli. Rundę wiosenną rozpoczną ze znakomitej pozycji wicelidera (dzieląc ją z Niecieczą).
Adam Cieśliński wspomoże Olimpię Grudziądz (fot. Rafał Rusek / iGol.pl)
Najważniejszym ruchem, dzięki któremu obecnie Zawisza znajduje się w tak dobrej sytuacji, było kupno klubu przez Radosława Osucha. Wokół tej sprawy zrobiło się sporo zamieszania, gdyż przy okazji ten człowiek jest agentem piłkarskim, co wykluczało możliwość przejęcia drużyny, lecz jak zwykle pojawiły się niejasności w przepisach, które z łatwością można było wykorzystać. Dzięki temu bydgoska ekipa zyskała to, czego nie ma większość ligowych rywali – stabilność. Tu nikt nie musi się martwić, czy starczy pieniędzy na zgrupowanie, nikt nie musi miesiącami czekać na pensje, nie ma problemów ze zorganizowaniem przejazdów etc.
Do tego nikt nie ma w Zawiszy zamiaru osiadać na laurach. Od otwarcia okienka transferowego trwa wzmacnianie drużyny. Na pierwszy plan wysuwa się oczywiście jedno nazwisko – Agali. Ta transakcja przypomina bardziej robienie cyrku, jednak wywołane zamieszanie na pewno wpłynie pozytywnie na marketing Zawiszy. Trudno rozważać tu aspekt sportowy – Victor od jakiegoś czasu pozostawał bez klubu, wcześniej kopał się po czole w Chinach, a ze znanego światka futbolowego wypadł dobre kilka lat temu. Legendy mają jednak to do siebie, że niełatwo je zabić, więc Agali wciąż jedzie na opinii z gry w Schalke 04 Gelsenkirchen, a dla wielu jakby stanął czas, skoro ciągle znajdują się chętni na jego usługi. Sam zawodnik również zdaje sobie sprawę, że przyjechał do Polski głównie robić show, więc a to wspomniał o ulubionym słówku Tomasza Hajty (niestety nie przystoi mi go cytować), a to zapowiedział seryjne strzelanie bramek, czy snuł opowieści o swoich najlepszych czasach.
Doszły jednak również bardziej sportowe wzmocnienia. Choćby Vladimir Kukol, całkiem nieźle grywający w Jagiellonii Białystok, czy Marcin Drzymont, który może wnieść do drużyny sporo doświadczenia. Specyficznym pomysłem wydaje się jednak zatrudnienie Pawła Strąka, w ostatnim czasie słynącego jedynie z noszenia brzucha często mylonego z piłką… Być może jednak to na I ligę wystarczy, a że nikt specjalny nie odszedł, to na sytuację bydgoskiego Zawiszy można patrzeć ze sporą dawką optymizmu.
Wisła Płock
Sytuacja w Płocku nie nastraja pozytywnie podobnie jak położenie Zawiszy, lecz jest przynajmniej śmiesznie. Niekwestionowaną gwiazdą drużyny jest… trener Libor Pala. Czech robi show, jakiego dawno nie widziano w polskiej lidze. Z informacji, które wyciekły na Weszlo.com, jak i od samych zawodników wiadomo, że zamiast nazwisk trener lubuje się w określaniu swoich podopiecznych słodziutkim słowem na ch, zamiast zwyczajnej medycyny preferuje leczenie energią kosmiczną, a praktycznie żaden gracz nie może być pewny swojej przyszłości. Niestety wyniki nie predestynują szkoleniowca do zgrywania takiego kozaka – zaledwie czternaste miejsce.
Czy robi to jakieś wrażenie na Czechu? Raczej niespecjalne. Z sygnałów docierających z klubu łatwo można odczytać, iż zapewne za każdym razem winien jest cały świat, a nie trener, że najlepiej to by powymieniać wszystkich zawodników na lepszych itd.
Trudno przypuszczać, by w rundzie wiosennej było lepiej. W ekipie Wisły brak głośnych nazwisk, nie zanosi się na wielkie wzmocnienia, a finansowo również nie jest wybitnie (choć trzeba przyznać, że brak doniesień o wielkich zaległościach stawia ten zespół na dość dobrej pozycji pod tym względem pośród I-ligowych ekip). Największą nadzieją drużyny jest były zawodnik Śląska Wrocław – Kamil Biliński. Piłkarz na pewno ciekawy, jednak z trochę dziwną (a może raczej standardową dla polskich realiów?) karierą. Od bardzo dawna we Wrocławiu mówiło się o nim jako szczególnie utalentowanym, jednak nigdy nie mógł tego przekuć w osiągnięcia. Wypożyczany do różnej maści klubów nigdzie nie mógł zagrzać miejsca na dłużej, do tego wedle trenera Tarasiewicza miał trudny charakter do prawidłowego prowadzenia kariery. Wydaje się jednak, że może wreszcie w Płocku odnalazł swoje miejsce. Rundę jesienną miał całkiem znośną – sześć bramek to jak na taki zespół niezły rezultat i to właśnie w tym piłkarzu upatrywałbym jakichś nadziei dla Wisły. Na pewno jednak nikogo nie zdziwiłby spadek tej ekipy, choć osobiście, mając w pamięci nie tak dawne sukcesy tej drużyny, wolałbym, aby tego uniknęła.
Olimpia Grudziądz
W ekipie beniaminka z Grudziądza atmosfera jest raczej spokojna. Drużyna grała na miarę swoich możliwości i sprawiała pozytywne wrażenie, lepsze niż wskazywałaby na to tabela. Jak podkreśla większość graczy, mogło być zdecydowanie lepiej niż trzynaste miejsce i trzeba im w tym względzie przyznać rację. Było parę meczów, w których nie dopisało im szczęście, a te kilka punktów, które przez to stracili, mogłoby umiejscowić Olimpię na bezpiecznym miejscu w środku tabeli.
Dużym wzmocnieniem dla drużyny z Grudziądza może być zakontraktowanie Adama Cieślińskiego, który jeszcze w rundzie jesiennej był podstawowym zawodnikiem w ekstraklasowym Podbeskidziu. Dodając do tego brak znaczących ubytków, można przypuszczać, że na wiosnę Olimpia spokojnie nazbiera wystarczającą liczbę punktów potrzebnych do utrzymania.
Co ważne, klub jest nieźle zarządzany, co podkreślał choćby bramkarz zespołu Michał Wróbel w rozmowie z oficjalnym serwisem klubowym: – Nie ma co narzekać, gdyż sama atmosfera wokół klubu jest bardzo dobra, prezes dotrzymuje obietnic, więc tych plusów jest zdecydowanie więcej.
– Wiadomo, że tylko czołowe kluby stać na to, żeby wyjechać trzykrotnie na dwutygodniowe obozy przygotowawcze do ciepłych krajów. W Olimpii wszystko jest robione w miarę możliwości, tak jak fundusze pozwalają. Wytrwale trenujemy, bo tak naprawdę to, co przepracujesz zimą, będzie procentowało przez cały rok, latem są dwa, trzy tygodnie na trening – dodał zawodnik.
Siła drużyny leży głównie w kolektywie. Dość powiedzieć, że strzelone bramki rozłożyły się raczej równo po wszystkich zawodnikach, a najlepszym strzelcem był Piotr Ruszkul z czterema trafieniami. Kibicom może brakować bardziej znanych graczy, ale jak na razie klub nie może sobie na takich pozwolić. A skoro mowa już o fanach zespołu, to jest to kolejny atut Olimpii – frekwencja jak na warunki, wyniki i klasę rozgrywkową była co najmniej zadowalająca, co znacząco pomagało piłkarzom w osiąganiu dobrych rezultatów.
Olimpia Elbląg
Tutaj sytuacja jest zdecydowanie najgorsza ze wszystkich beniaminków. Klub ledwo wiąże koniec z końcem, a w pewnym momencie rozważano nawet wycofanie się z rozgrywek. Wyniki również nie nastrajają pozytywnie, gdyż Olimpia zajmuje ostatnie miejsce z zaledwie trzynastoma punktami na koncie. Obecnie trwa tam masowa ewakuacja, praktycznie każdy dzień przynosi informacje o kolejnym zawodniku, który zdecydował się odejść.
Najbardziej zawiedli ci najbardziej doświadczeni, jak choćby Mariusz Muszalik czy Paweł Buśkiewicz. Kibice oczekiwali zdecydowanie lepszej gry od zawodników awizowanych jako potencjalne gwiazdy ekipy, a nawet całej ligi. W tym momencie ani jeden, ani drugi nie gra już w Elblągu.
Pomysł na ratowanie klubu jest zaiste dramatyczny. Od jakiegoś czasu trwają testy graczy z niższych lig i to właśnie oni stworzą trzon zespołu. Nie trzeba chyba dodawać, że realizacja tego planu nie zwiększy szans na utrzymanie, gdyż nie można oczekiwać, by często zupełnie niedoświadczeni gracze zdołali udźwignąć ciężar walki o utrzymanie w I lidze.
Trudno o tym zespole powiedzieć coś więcej, bo za ogromny sukces będzie można przyjąć dogranie sezonu do końca i brak porażek w kompromitujących rozmiarach. W utrzymanie wierzą już tylko niepoprawni optymiści ślepo zakochani w zespole, racjonalnie szanse na powodzenie tego celu niebezpiecznie pikują w stronę zera.