„Mistrzem Polski jest Legia!” – właśnie tak mogli zaśpiewać uradowani kibice warszawskiej drużyny 28 kwietnia bieżącego roku. Oznaczało to też, że to właśnie Legia Warszawa będzie reprezentować nasz kraj w kwalifikacjach do walki o najbardziej prestiżowe trofeum w klubowym futbolu na Starym Kontynencie – Lidze Mistrzów. Jak postrzegać szansę Legii w starciach na arenie międzynarodowej?
Ostatnimi laty Legia w europejskich pucharach prezentowała się słabo, ponieważ nawet nie zdołała się do nich zakwalifikować. Wszystkie starania kończyły się na eliminacjach, odpadaniu przeważnie z mniej renomowanymi rywalami. Pojawia się więc pytanie: jak będzie to wyglądać w przyszłym sezonie?
Ogromna część sympatyków nie tylko Legii, lecz także całego polskiego futbolu miała dobre myśli co do nadchodzącej przeprawy warszawian w Europie. Nie było w tym nic dziwnego. W końcu Legia szła z wysoko uniesioną głową po krajowe mistrzostwo, masakrując przy tym swoich rywali.
Ostatnia forma
Teraz też wytłumaczę, dlaczego użyłem czasu przeszłego, mówiąc o sporych nadziejach w związku z przyszłym sezonem. W ostatnim czasie Legia gra po prostu przeciętnie. Wiadomo, klub miał już na początku kwietnia praktycznie zapewnione mistrzostwo. Mało tego, Legia ostatnią porażkę poniosła w lutym. Jednak…
No właśnie – „jednak”. Jednak, jak już wcześniej wspomniałem, Legia ostatnio nie gra porywającej piłki. Od momentu kwietniowego remisu z Lechem drużyna Czesława Michniewicza może wydawać się zaledwie cieniem samej siebie. Biorąc pod uwagę sześć poprzednich spotkań, Legia zdobyła zaledwie dwie bramki. Powtórzę jeszcze raz, DWIE BRAMKI.
Jest to najgorszy wynik w polskiej ekstraklasie. Gorszy nawet od dorobku drużyn walczących o utrzymanie… Taka gra mistrzowi Polski po prostu nie przystoi. Zwłaszcza jeżeli ocenimy „Wojskowych” przez pryzmat gry na przełomie marca i kwietnia. Legia po prostu gra dużo poniżej oczekiwań ekspertów i kibiców polskiej piłki.

Natomiast trzeba zwrócić uwagę na dość imponującą serię sześciu meczów bez straty bramki. Golkiper ekipy Michniewicza nie musiał wyjmować piłki z siatki od sześciu spotkań. Ostatni raz takie osiągniecie ekipy ze stolicy miało miejsce w końcówce sezonu 2016/2017, kiedy to za sterami warszawskiej drużyny stał Jacek Magiera.














