„Zachodnie Drewno podaje do Drewna, strzał, i mamy bramkę! Burnley wychodzi na prowadzenie dzięki szybkiej wymianie podań zwieńczonej golem niebywałej urody! Ten wynik daje mu awans do europejskich pucharów, ale…”. Zaraz, zaraz, to chyba zbyt surrealistyczna wizja jak na zespół Seana Dyche’a. Tak, to lekka przesada i należałoby to właściwie zweryfikować. Mianowicie co z „The Clarets”? Poznaliśmy już ich sufit?
Ostatni rok był dla klubu z hrabstwa Lancashire istną wędrówką z nieba do piekła. Poprzedni sezon należał do najlepszych w historii Burnley, bo zakończył się awansem do fazy kwalifikacyjnej Ligi Europy, natomiast ten obecny wystawił podopiecznych Dyche’a na poważną próbę. Od 14. do 33. kolejki „Bordowi” poważnie romansowali ze strefą spadkową i byli jak ci rozbitkowie walczący z morskimi falami. Większość czasu spędzali pod powierzchnią wody, ale mimo to finalnie zdołali się uratować.
Dwie twarze Burnley
W pierwszej połowie sezonu „The Clarets” właściwie niczym nie różnili się od Cardiff, Huddersfield czy Fulham. Po 19. kolejce okupowali miejsce pod kreską, mając na koncie aż 13 porażek, czyli więcej niż w całym poprzednim sezonie! Już wtedy nietrudno było o znalezienie głosów, które ekipę Seana Dyche’a żegnały z Premier League. I to z dużą ulgą, gdyż poziom sportowy jego piłkarzy był katastrofalny. Szczególnie ważnym, a zarazem niepokojącym okresem był początek, który dał aż pięć przegranych meczów z rzędu.
Kolejnym zabójczym fragmentem kampanii dla Burnley był czas od października do grudnia. Wtedy trzy punkty udało zdobyć się jedynie z Brighton, Cardiff i West Hamem. Na domiar złego idealnie, bo w 19. kolejce po meczu z Evertonem złożyło się, że „Bordowi” przebili barierę straconych bramek z kampanii 2017/2018 (41 do 39). Kto na tym etapie równie słabo prezentował się w grze defensywnej? Tylko Fulham, które oczywiście spadło z ligi. To pokazuje, że obowiązywał bardzo wąski i niebezpieczny margines błędu.
Dlaczego w drugiej połowie sezonu Burnley prezentowało się lepiej? W tej kwestii możemy wyróżnić dwa powody, które dotyczyły konkretnych zmian na boisku. Otóż pierwszą, tą bardziej zauważalną dla przeciętnego kibica, była zmiana bramkarza. Po porażce z Evertonem 1:5 Joe Harta zastąpił Tom Heaton i od tamtej pory były golkiper Manchesteru City nawet nie powąchał murawy. Ale nie może być inaczej, skoro obrońcy z Heatonem za plecami czują się zdecydowanie pewniej i po prostu lepiej współpracują.











