Po nudnej fazie grupowej utwierdzałem się tylko w przekonaniu, że rozgrywanie mistrzostw świata w obecnej formie to chybiony pomysł. Kiedy jednak obejrzałem wszystkie mecze ćwierćfinałowe, dotarło do mnie, że dostałem absolutnie wszystko, co chciałem. Teraz chcę jeszcze więcej.

Bałem się o te mistrzostwa podobnie, jak i o poprzednie. Obecne rozgrywki krajowe, szczególnie w najlepszych ligach, są zbyt wymagające dla piłkarzy. Dla takich zawodników Premiership normą jest rozgrywanie nawet 60 spotkań w sezonie. Nie muszę przy tym jeszcze dodawać, że tempo obecnej piłki stale się zwiększa. I po tak wyczerpującym sezonie wszyscy najlepsi mają jeszcze ruszyć do RPA, żeby jeszcze raz wznieść się na wyżyny swoich umiejętności i to nawet wyżej niż w sezonie zasadniczym, gdzie przecież można było odpuścić jeden, dwa mecze ligowe. Na mundialu tego robić nie wolno, bo to oznacza sportową dekapitację.
Zmierzch bogów
Owe zmęczenie było widać w fazie grupowej. Anglia była cieniem drużyny, która w piorunującym stylu awansowała do tych finałów. Przyznam, że synowie Albionu byli moimi cichymi faworytami. Zadawałem sobie pytanie: jak nie teraz, to kiedy? A co zobaczyłem? Grającą totalnie bez polotu zbieraninę graczy o wprawdzie potężnych nazwiskach, ale niczym więcej niewyróżniających się. To samo też tyczy się Francji, której trzon również gra pierwsze skrzypce w Premier League, a z kogutem na piersiach przypominają równie pokraczną drużynę, co reprezentacji Polski w spotkaniu z Hiszpanią.
Reszta faworytów wprawdzie awansowała, zresztą podobnie, jak i Anglia, ale były to awanse wymęczone. Mundial w fazie grupowej nie był ładny dla oka, mógł być co najwyżej skuteczny.
Akcja!
1/8 finału przyniosła wprawdzie poprawę, ale była to poprawa niewielka. W niej mogliśmy obejrzeć tylko wspaniałą grę Niemiec, które przyjechały do RPA przygotowane najlepiej. Inni faworyci jakoś prześlizgiwali się dalej. O triumfie Argentyny i Brazylii zadecydowały w głównej mierze przebłyski gwiazd, a nie przemyślana taktyka czy kolektywna gra.
Wielki klasyk, na który czekaliśmy prawie tak samo mocno, jak na Gran Derbi, okazał się wielkim fiaskiem. Mecz Hiszpanii z Portugalią był tylko chwilami na niezłym poziomie. Mistrzowie Europy zaczęli grać dopiero od momentu pojawienia się na boisku Llorente czy może raczej po zejściu z boiska Fernando Torresa. Ich sąsiedzi z kolei próbowali konstruować akcję, ale wszystkie ich zamiary niweczył oczywiście Cristiano Ronaldo. Ten facet strzela dosłownie z każdej pozycji, czasami wydaje się, że ma ochotę uderzyć nawet wtedy, gdy rzuca aut…
Ale wreszcie przyszedł czas ćwierćfinałów, w których nie pozostała już żadna przypadkowa drużyna (no może poza Paragwajem). Na pierwszy ogień poszło nie byle jakie spotkanie, bo pojedynek pomiędzy Brazylią a Holandią. Opinia publiczna za murowanego faworyta uznawała ekipę Dungi, który po kolejnych spotkaniach dorobił się nawet przydomku „brazylijskiego Mourinho”. Sam mecz rozpoczął się po myśli „Canarinhos”, kiedy to kapitalne podanie Melo wykończył Robinho. Potem na czoło wysunęła się już tylko jedna osoba – Bert van Marwijk. Holender przyznawał w wielu wywiadach, że jego myśl szkoleniowa daleko odbiega od amsterdamskiej szkoły fajerwerków. On określa się jako urodzonego pragmatyka, dla którego liczy się wynik, a nie styl. I tak właśnie awansowała Holandia, strzelając bramki w dużej mierze przypadkowe. Kto bowiem spodziewał się, że po dośrodkowaniu Sneijdera Melo zderzy się z Julio Cesarem, a futbolówka spokojnie wleci do bramki? Albo że zawodnik Interu Mediolan, najniższy na boisku (170cm) strzeli chwilę później drugą bramkę – głową?










