Mecz Barcelony z Athletikiem był dobry. Mimo trudnych warunków spowodowanych skrajnie niesprzyjającą aurą obie strony stworzyły porywające widowisko. Byłym niewdzięcznikiem, gdybym nie poświęcił panom grającym wczoraj na San Mames oddzielnego tekstu podsumowującego. Tak więc, oto jest!

Posłuchałem sobie konferencji Pepa Guardioli, oczekując delikatnych, nawet bardzo zawoalowanych sugestii, że jego piłkarze nie zremisowali z baskijskimi zawodnikami, tylko z baskijskimi kałużami. Trener Barcelony mnie troszkę zaskoczył. Tylko troszkę, bo w końcu każdy wie, że urodzony w Sanpedor szkoleniowiec nie mówi niczego, co byłoby chociaż ociupinkę krytyczne dla kogokolwiek. Wyjątkiem jest oczywiście rozmowa o Jose Mourinho, który dla Pepa jest „pieprzonym szefem”. W każdym razie Guardiola w pomeczowych wypowiedziach powiedział to, co bym powiedział ja, gdybym dostąpił zaszczytu bycia trenerem najlepszej drużyny świata. To nie był mecz, to była poezja. Hymn na cześć futbolu. Widowisko. Co tam! WIDOWISKO!
A tu są powidowiskowe wnioski:
Przez kilka miesięcy, jakie upłynęły od czasu objęcia władzy nad drużyną z Bilbao przez Marcelo Bielsę, wszyscy obserwowali dziwny proces wyrugowania baskijskości z Basków. Granie piłką po ziemi, metrowe podania, prostopadłe piłki? Do tego kibice „Los Leones” nie przywykli, ale byli w stanie się przyzwyczaić, bo to w końcu nic strasznego. Gorzej z inną zmianą, którą wprowadził szalony Argentyńczyk – łagodnością. Piłkarze z San Mames od początku sezonu nie grali jak lwy. Grali jak owieczki. Kulawe owieczki przywiązane do drzewa. Agresywność na poziomie dwóch walczących szczeniaczków. Jestem pewny, że Andoni Goikoatxea, baskijski rzeźnik, oglądając mecze drużyny swojego życia, był smutny. 20 lat temu on łamał nogi jak zapałki i nikt, poza Diego Maradoną, nie miał z tym problemów.
Na szczęście dla wszystkich w meczu z Barceloną baskijskość wróciła. Po zawodach Pep powiedział, że piłkarze rywala to bestie i że pierwszy raz w zawodowej karierze przyszło mu mierzyć się z takimi atletami. W Barcelonie nie znalazł się żaden chętny, by z graczami z Bilbao zawalczyć na ich zasadach. Katalończycy faulowali ponad dwa razy rzadziej (12-25) i sprawiali wrażenie ludzi nieprzygotowanych na to, co ich właśnie spotkało. Niezależnie od tego, czy kibicowało się gościom, czy gospodarzom, nie sposób było nie doceniać artyzmu zaklętego w stylu gry Bilbao. Sposób, w jaki Amorebieta odbierał piłkę rywalom, był zadziwiający. Reprezentant Wenezueli stał i czekał, aż biegnący z futbolówką Messi zbliży się na odpowiednią odległość, blokował mu drogę i voila. Piłka w posiadaniu Fernanda, Leo w kałuży.











