W weekend na śniadanie mieliśmy wielkie, ale ciężkostrawne danie, czyli niedzielny hit kolejki Malaga – Atletico Madryt. Po południu serwowaliśmy pyszny posiłek z San Sebastian, gdzie miejscowi mierzyli się z Betisem. Na deser lub jak kto woli kolację, polecaliśmy tort z trzema wisienkami w wykonaniu Alvaro Negredo.

Oprócz Gran Derbi to właśnie spotkanie wicelidera tabeli z czwartą drużyną ligi miało rozbudzać emocje, pobudzać zmysły i po prostu zachwycać. Przed meczem trenerzy obu zespołów udzielali wywiadów, w których mówili, że chcą zwycięstwa. Simeone w tym przodował, by po meczu uznać, że jest zadowolony z bezbramkowego remisu. Czyżby robił dobrą minę do złej gry? Przez podział punktów i jeden, i drugi zespół straciły dużo, a nie zyskały prawie nic. Malaga co prawda utrzymała czwartą lokatę, jednak ma tylko punkt przewagi, który utrzymała dzięki remisom swoich najgroźniejszych konkurentów. Ponadto Manuel Pellegrini ma ból głowy ze swoją ofensywą. Napastnicy rozregulowali swoje celowniki, pomoc nie szaleje po boisku jak do tej pory. Zespół cierpi na wyraźną iscodependencję. Gdy młoda gwiazda zawodzi, zawodzi cały zespół. Tak było w starciu z Porto, tak było i z Atletico. Być może Chilijczyk powinien dać odpocząć swojej gwiazdce przed rewanżem ze „Smokami”. Jest to przecież najważniejszy mecz dla zespołu z Andaluzji w tym sezonie.

Atletico Madryt ma inne problemy. Zdążyło już zaskakująco łatwo odpaść z europejskich rozgrywek. Nie wiem, czy ten ruch był zaplanowany, ale na pewno niezwykle istotny w kontekście walki o drugie miejsce ze swoim największym rywalem – Realem. Mecz z Malagą pokazał duże braki zespołu z Madrytu. Nawet optymiści muszą przyznać, że skład zespołu z Vicente Calderon jest jednowymiarowy. Oczywiście rezerwowi to nadal dobrzy piłkarze, ale trudno im zmienić cokolwiek przy starciu z rywalem pokroju ekipy Pellegriniego. Niedzielny hit dla postronnego kibica zmienił się w kit. Jedna i druga drużyna grały zachowawczo, na tyle że równie dobrze mogły rozłożyć leżaki na murawie i zamówić drinki. Co prawda zespół Simeone odrobił jeden punkt do prowadzącej Barcelony, ale stracił dwa do Realu. Przewaga nad „Królewskimi” stopniała do dwóch oczek i wystarczy jeden mecz, aby tradycji stało się zadość. A przecież Vicente Calderon musi jeszcze ugościć Barcelonę i drużynę Mourinho.












