Sytuacja w Realu Madryt staje się coraz bardziej patowa. Stołeczny klub obstrzeliwują już media nie tylko z Hiszpanii, ale i Wysp Brytyjskich. Temat numer jeden to oczywiście Jose Mourinho. Sęk niestety w tym, że wraz z plotkami na temat przyszłości portugalskiego trenera rodzi się masa innych niewyobrażalnych insynuacji, które dotykają chyba nawet ogrodnika na Santiago Bernabeu.
O powadze problemu, jaki dotknął madrycki klub, niech świadczy choćby fakt, że nawet sami fani Realu Madryt nie wyobrażają sobie chyba, aby w przyszłym sezonie drużyna miała zostać w takim składzie, jak obecnie. Mourinho jest rzekomo pokłócony z Casillasem, powróciła dyskusja na temat hiszpańskich i portugalskich grupek. Jeszcze dwa czy trzy miesiące temu wszyscy pukali się w głowy i mówili, że to tylko i wyłącznie wymysły prasy. W tym przypadku sprawdza się jednak powiedzenie, iż kłamstwo powtarzane tysiąc razy staje się prawdą. To właśnie hiszpańskie dzienniki na czele z „Marcą” i „Asem” zaostrzyły sytuację. Ze wszystkiego tylko podśmiechują się Katalończycy. Dzienniki, o których mówi się, że sympatyzują z Barceloną, mogą w końcu spokojnie skupić się na własnym zespole i nie muszą psuć atmosfery w szatni „Królewskich”. Pałeczkę przejął Madryt, co jest sytuacją po prostu… dziwną. Śmieszną. Niewyobrażalną.
Jose Mourinho niejednokrotnie powtarzał w przeszłości, że nie czuje wystarczającego poparcia. Florentino Perez na każdym kroku zapewniał z kolei, że Portugalczyk może w spokoju pracować i dążyć do wyznaczonych celów, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Nie od dzisiaj jednak wiadomo, że „The Special One” nie jest ulubieńcem madryckiej prasy. Więcej, na ten moment wydaje się wrogiem publicznym numer jeden. W ostatnich tygodniach sytuacja uległa nieznacznej poprawie. Nieznaczna poprawa znaczy w każdym razie tyle, że „Mou” faktycznie może pracować w jako takim spokoju. Portugalczyk wyciągnął wnioski z zeszłego sezonu, dzięki czemu jego podopieczni osiągnęli najlepszą dyspozycję na decydujące mecze w końcówce rozgrywek. „Marca” nieco przyhamowała, ale gdzieś tam dalej tworzy swoje konspiracyjne sieci. Dziennikarze tegoż dziennika również pogodzili się już z faktem, że Mourinho nie ma zamiaru z nimi rozmawiać. Na konferencje prasowe przed meczami ligowymi nie przychodzi (na pomeczowe chodzić też nie musi, bo „Królewscy” wygrywają). Konferencje związane ze starciami w Lidze Mistrzów jakoś już przeboleje – Hiszpanom odpowiada zdawkowo, cały czas powtarza te same słowa. Dla zagranicznych dziennikarzy jest bardziej uprzejmy i wylewny. Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie.
Florentino Perez. To na jego barki spadnie latem nie lada odpowiedzialność. Madryckie media tak rozdmuchały sprawę konfliktu w szatni „Los Blancos”, że będziemy mogli ogłosić kolejny wielki cud, jeśli na przyszły sezon na Santiago Bernabeu zostaną i Jose Mourinho, i Iker Casillas. O ile przed kontuzją kapitana reprezentancji Hiszpanii prasa próbowała skłócić tych dwóch panów, o tyle teraz robić już tego tak naprawdę nie musi. Obrazki z ostatniego meczu z Bilbao mówią same za siebie. Widok patrzącego ślepo w dal hiszpańskiego bramkarza niejako potwierdza, że „San Iker” ciężko przeżywa obecne chwile. W jego głowie na pewno krąży wiele myśli. Wśród nich musi znajdować się ta o odejściu z klubu. O poszukaniu sobie nowego wyzwania – bez Jose Mourinho u boku. Ani jeden, ani drugi nie powiedzieli oczywiście oficjalnie, że jest coś na rzeczy, ale pytany przez dziennikarzy na temat rzekomego konfliktu Aitor Karanka odpowiada bardzo wymijająco. Unika tematu, bo wie, że jeśli coś powie, machina znowu ruszy pełną parą. Następnego dnia „Marca” z okładki krzyczałaby, że to już koniec, że Madryt traci albo trenera, który w końcu przywrócił klubowi dawny blask, albo żywą legendę, która blaskiem jest sama w sobie.










