Idąc śladem poprzedniej odsłony naszego cyklu, chcielibyśmy jeszcze przez moment zostać na Wyspach Brytyjskich, aby uwypuklić kolejne mankamenty piłkarskiego mocarstwa zwanego krótko Premiership (żeby kolejnych porcji zupy zwyczajnie nie przesolić, obiecujemy, iż w kolejnych tygodniach zrezygnujemy z angielskich akcentów). Zagajenie do tematu będzie tym razem dość nietypowe, bo w formie opowiastki.
Dani Pacheco już jako mały urwis podłapał ciężką, przewlekłą chorobę, która w Hiszpanii nazywa się po prostu… fútbol. Swoją przygodę rozpoczął w miejscowej Maladze, w której grał również jego starszy brat, a zarazem boiskowy idol. Kiedy starszy z braci Pacheco powoli przebijał się do pierwszego składu, nagle przed Danielem stanęły otworem wrota do wielkiej piłki – propozycja z FC Barcelony. Bez dłuższego namysłu, szkrab wraz z całą rodziną, przeprowadzili się do stolicy Katalonii. Młody adept, pod wodzą Garcia Pimienta, szybko stał się wyróżniającą postacią młodzieżówki. W sezonie 2005/2006 został najskuteczniejszym strzelcem swojej drużyny, zdobywając 30 (!) bramek. Młody Pacheco (wówczas 16-letni) ledwo ochłonął po fascynującym sezonie, a już po cichu marzyły się treningi z pierwszym zespołem Blaugrany. Taki scenariusz mógł być realny, gdyby pewnego dnia do zarządu klubu nie wpadli panowie w czarnych garniturach (bynajmniej nie faceci w czarni) i chłopaka porwali oznajmiając, iż od przyszłego sezonu będzie zawodnikiem Liverpoolu…

Ciąg dalszy pewnie jest wam już znany. Możemy tylko dodać, iż cała sytuacja trenerom i włodarzom Dumy Katalonii wprost mowę odebrała. – Straciliśmy jednego z najlepszych wychowanków. Najgorsze było to, iż tak naprawdę nic nie dało się zrobić. To wszystko wydarzyło się tak szybko i nagle – Garcia Pimienta. Być może skauci z miasta Beatlesów coś z facetami w czerni wspólnego jednak mieli:-) Wściekłym Hiszpanom pozostało jedynie procesować się w sądzie, co do kwoty odstępnego za Pacheco (a żądali nie mało, bo 6 mln euro!). Ostatecznie do sensacji nie doszło, a Liverpool musiał wyłożyć na stół aż 200 tys. Obecnie Daniel ma się dobrze, a jego marzeniem już nie jest gra w Barcelonie, a stworzenie duetu napastników z Fernando Torresem.
Żeby ci przyszło cudze dzieci niańczyć
Trend na podbieranie dzieciaków ze stajni Barcelony nie jest jednostkowym przypadkiem. Rozrastające się w coraz szybszym tempie zjawisko sprowadzania stranieri (obcokrajowców) na zaplecze pierwszej drużyny przez czołowych przedstawicieli Premier League odbija się negatywnie na reprezentacjach młodzieżowych, o których wspomnieliśmy przed tygodniem. Dochodzi do sytuacji, gdy już w zespołach U-18 Arsenalu czy Chelsea proporcja podziału pomiędzy piłkarzami z Anglii i zagranicy jest na równym poziomie. Oczywiście, wyprzedzając ewentualny zarzut, w kadrach tych słabszych zespołów ligi „swojaków” jest więcej. Ale to przecież w klubach „Wielkiej Czwórki”, dysponujących najlepszą zazwyczaj bazą treningową, szanse na rozwój pozwalający w przyszłości wejść na „international level” są największe. Na skutek konkurencji niemały procent Wyspiarzy traci okazję na regularną grę, co rzutuje później na zmniejszenie się zbioru potencjalnych kadrowiczów. Co gorsza, nastoletni przybysze z całego świata są traktowani w Wlk. Brytanii na szczególnych, lepszych prawach, ponieważ właśnie takim zapewnieniem (chwytem) posługują się przedstawiciele klubu podpisując kontrakt z młokosem, a właściwie to jego rodzicami. Jeśli przynajmniej jeden z nich nie może wyruszyć za swoją pociechą, by pomóc mu w szybszej aklimatyzacji w nowej rzeczywistości, klub od razu zatrudnia osobę opiekuna, mającego pomóc nastolatkowi skupić się wyłącznie na trenowaniu, poprzez załatwianie za niego większości codziennych spraw: gotowanie, sprzątanie itd.











