Prawdą jest, że w ostatnich kilku sezonach, z bieżącym włącznie, hiszpańska Primera Division zdecydowanie góruje nad angielską Premiership, jeżeli chodzi o rozgrywki Ligi Mistrzów i Europy. Nie mylą się także ci, którzy uważają, że za Pirenejami grają dwaj najlepsi obecnie na świecie piłkarze: Messi i Ronaldo. Dlaczego zatem za transmisję spotkań angielskich teamów płaci się najwięcej?
Przede wszystkim dlatego, że jest niesamowicie wyrównana, a żadna z ekstraklasowych wyspiarskich drużyn nie odstaje wyraźnie poziomem od reszty. Tak samo jest z piłkarzami reprezentującymi ich barwy. Felieton (może trochę zbyt długi) zamierzam poświęcić dywagacji na temat tego, czy zdobywanie bramek na Wyspach oraz w Hiszpanii smakuje tak samo i porównywanie np. Ronaldo do Girouda ma jakikolwiek sens. Bo Anglicy, w przeciwieństwie do Hiszpanów, mogą pasjonować się pojedynkiem kilku świetnych graczy, a nie tradycyjnie ledwie dwóch, choć bez wątpienia wspaniałych, jak ma to miejsce na Półwyspie Iberyjskim.
https://www.youtube.com/watch?v=lUZGhZeoJ2k
Zapewne powyższe słowa niektórym czytelnikom wydadzą się śmieszne, bo pewnie tylko ktoś niespełna rozumu woli ekscytować się korespondencyjnymi pojedynkami pomiędzy piłkarzami, których stać na zdobycie „ledwie” kilkunastu lub trochę ponad 20 goli, kiedy ma możliwość oglądania strzeleckich popisów Ronaldo czy Messiego. Ci dwaj wielcy zawodnicy już po raz kolejny prześcigają się w kolekcjonowaniu hat-tricków, ale oglądając mecze takie jak ostatni w wykonaniu Realu z Granadą, w którym to „Królewscy” rozbili przeciwników aż 9:1, a CR7 zdobył pięć bramek, trudno wyzbyć się wrażenia, że siła Primera Division jest zdecydowanie przerysowana.
Bo czy gdyby rzeczywiście drużyny w niej grające były tak mocne, to Portugalczyk mógłby z uśmiechem na ustach upokarzać kolejnych rywali? Raczej nie. Poza tym dawniej, reprezentując barwy Manchesteru United, Ronaldo, choć zdobywał Złotą Piłkę i już wówczas uważano go za piłkarskiego geniusza XXI wieku, nie był w stanie seryjnie zdobywać goli. Owszem, zdarzyły się mecze, kiedy skrzydłowy „Czerwonych Diabłów” zaliczał po trzy trafienia, ale na pewno nie tak często, jak ma to miejsce obecnie.
Pewnie fakt, że w Anglii grał jako pomocnik, na Santiago Bernabeu występuje zaś w roli napastnika, ma duże znaczenie, ale i tak nie do pomyślenia jest, by jakiś, nawet najwybitniejszy, zawodnik mógł notować takie statystyki jak Ronaldo i Messi na ziemi hiszpańskiej. A przecież Wyspiarze mieli okazję podziwiać wielu wspaniałych napastników. Wystarczy wspomnieć choćby kilku z tych, którzy w ubiegłej dekadzie zdobywali Złoty But dla najskuteczniejszego strzelca BPL. Thierry Henry, Didier Drogba, Luis Suarez czy Ruud van Nistelrooy byli lub nadal są strzelcami wyborowymi, ale żaden z nich nigdy nie zdobył w jednym sezonie więcej niż 31 goli, co uczynił Urugwajczyk w zeszłej edycji angielskiej ekstraklasy. Co więcej, najlepszy wynik strzelecki w historii Premiership (pierwszy sezon 1992/1993) osiągnęli Andy Cole oraz Alan Shearer, ale to było bardzo dawno temu.











