Kiedy przed rozpoczęciem obecnego sezonu w wielkim i niespodziewanym stylu awansowali do Primera Division, większość ekspertów i ludzi mających wiedzę o hiszpańskim futbolu typowała ich jako murowanego kandydata do spadku. Tymczasem tegoroczny beniaminek nie dość, że trzyma się z dala od strefy spadkowej, to jest prawdziwą rewelacją rozgrywek.
Historia Eibaru przypomina sen, w którym jednak co jakiś czas pojawia się koszmar. Baskijski klub został założony w 1940 roku z połączenia dwóch mniejszych zespołów: Deportivo Gallo i Unión Deportiva Eibarresa. Na swój pierwszy jako taki „sukces” musiał czekać dziesięć lat i był nim awans do Tercera Division, a więc czwartego poziomu rozgrywkowego. Tam spędził dwa kolejne sezony i przyszła kolejna promocja, a więc przejście do Segunda Division B. Tam znalazł spokój i stabilizację, ale tylko przez pięć lat, bo po tym czasie ponownie wylądował z hukiem w czwartej lidze.
Od tego czasu balansował pomiędzy tymi dwoma poziomami ligowymi, od czasu do czasu robiąc coś ponad stan, czyli awansując do Segunda Division. Pierwsze dobre wspomnienia z zaplecza La Liga sięgają sezonu 2004/2005, czyli wtedy kiedy gracze Eibaru byli rewelacją sezonu i rozgrywki zakończyli na bardzo wysokim, czwartym miejscu w tabeli. W kolejnym roku już tak różowo jednak nie było i mogli się na własnej skórze przekonać, co to znaczy przejść drogę od bohatera niemalże do zera. Fatalna dyspozycja, mnóstwo porażek i ostateczny efekt to dopiero 22. lokata i spadek na trzeci poziom.
Tam występowali, poza jednym rokiem przerwy, aż do ubiegłego sezonu, a więc do momentu gdy zajęli drugie miejsce w tabeli i wywalczyli awans na zaplecze Primera Division. Nikt jednak nie dawał im wielkich szans na zagrzanie tam miejsca dłużej niż kilkanaście miesięcy. Najmniejszy budżet, mało atrakcyjny stadion i wąska kadra złożona niemal wyłącznie z piłkarzy wypożyczonych czy pozyskanych na zasadzie wolnego transferu sprawiały, że niełatwo było być optymistą.
Ta mieszanka nie okazała się jednak wybuchowa, lecz w pełni zadziałała. W związku z tym miesiąc przed zakończeniem rozgrywek, po skromnym zwycięstwie nad Deportivo Alaves, udało im się wywalczyć sensacyjny awans do Primera Division. A mówimy przecież o mieście, które ma nieco mniej niż 30 tysięcy mieszkańców, a więc tylko niewiele więcej niż chociażby taka Łęczna. Głównymi architektami tego niespodziewanego sukcesu byli Jota Peleteito oraz Mikel Arruabarrena, którzy łącznie zdobyli siedemnaście bramek. Arruaberrena, brzmi znajomo prawda? Tak, to ten sam zawodnik, który okazał się gigantycznym nieporozumieniem w Legii Warszawa, a o którym Mirosław Trzeciak miał tak dobre zdanie, że wolał go mieć drużynie bardziej niż Roberta Lewandowskiego.













