Pamiętacie „złoty” okres w stolicy, kiedy to panowie Trzeciak, Urban i Kibu postanowili przeprowadzić w klubie rewolucję, a czarna „elka” miała kąpać się w żółto-czerwonych barwach hiszpańskiej flagi? Projekt naznaczony transferowymi pomyłkami, wypuszczeniem z rąk Lewandowskiego oraz ostatecznym wypadnięciem poza pierwszą trójkę ligi trwał prawie trzy lata. Dziś, kiedy mistrz Polski cieniuje w ekstraklasie, a Urban został wyrzucony z Lecha, warto przypomnieć sobie, jak dezorganizacja może górować nad sukcesami.Pierwszy przy Łazienkowskiej zjawił się Mirosław Trzeciak. To był styczeń 2007 roku, kiedy trenerem był jeszcze Jacek Zieliński. Ten doprowadził zespół do trzeciego miejsca w lidze, a na stanowisku zastąpił go Jan Urban. Co łączyło dyrektora sportowego i nowego menedżera? Przede wszystkim hiszpańska wizja futbolu. Obaj poznali iberyjski model gry, grając w Osasunie Pampeluna, mimo że nie spotkali się w klubie. Urban bezpośrednio przed objęciem Legii trenował jeszcze drugą drużynę Osasuny oraz andaluzyjskie Polideportivo Edijo. Ten ostatni klub doprowadził do 13. miejsca w Segunda Division. Boss potrzebny do mistrzostwa? Tak przynajmniej uważał Trzeciak, który wraz z nowym coachem miał ambitny plan budowy hiszpańskiej drużyny w ekstraklasie.
Wicekról strzelców i czwartoligowiec
To były czasy, kiedy przy transferach pokroju Pazdana czy Hamalainena włączałoby się „Dary losu” Rynkowskiego. Zaczęło się bardzo obiecująco – Chinyama czy Astiz byli strzałami w dziesiątkę i podstawowymi graczami zespołu. Kłopoty zaczęły się w zimie. Trener, zarząd, kibice – wszyscy domagali się transferów. Mówiono, że jeśli Legia nie wzmocni się na wiosnę, Wisła zgarnie mistrzostwo bez najmniejszego wysiłku. Co zrobił pan Trzeciak? Zapewniał, że zakupy będą.
Ostatni dzień okienka, godziny późnowieczorne – oficjalna strona klubu informuje o dwóch nowych piłkarzach z górnej półki, w tym o obrońcy Atletico Madryt. Albo ktoś sobie robi z nas jaja, albo dyrektor sportowy jest geniuszem – myśleli fani stołecznego zespołu. Szydło wyszło z worka bardzo szybko. Dwóch rzeczonych grajków to Balbino i Ransford Osei. Pierwszy faktycznie grał w Atletico, a właściwie w czwartoligowym Club Atletico Aviacion z Madrytu. Cóż, nikt nikogo nie oszukał…
– Dlaczego zdecydował się pan na grę w Legii?
– Bo to była jedyna szansa na grę w I lidze, w Hiszpanii miałem ofertę tylko z III-ligowego klubu. Balbino w wywiadzie dla Gazeta.pl
Balbino nie dawał rady w rezerwach i nawet przez minutę nie zagrał w pierwszym zespole. Sprawa Oseiego wydaje się jeszcze ciekawsza. Chłopak był wicekrólem strzelców mistrzostw świata U-17 w Korei Południowej z 2007 roku. Wielki talent rodem z Ghany miał być perełką w zespole i autorskim zakupem Trzeciaka. Problem w tym, że pan dyrektor nie miał pojęcia o przepisach. Oseiemu brakowało miesiąca do 18. urodzin, kiedy to mógłby podpisać kontrakt z klubem jako zawodnik spoza Unii. Trzeciak Legia walczyła dwa miesiące z FIFA, aby organizacja ostatecznie zablokowała całą transakcję. Osei jako wolny zawodnik odszedł do Maccabi, a Jan Urban został z czwartoligowcem Balbino, który nie zasłużył nawet na minutę gry. Majstersztyk.











