W zeszłym tygodniu wróciły rozgrywki Ligi Mistrzów i Ligi Europy, uwielbiane przez wszystkich związanych z piłką nożną europejskie puchary. Ale jeśli ktoś miał być w ten poniedziałek szczególnie z tego faktu zadowolony, to z pewnością mogli to być to sympatycy klubów z hiszpańskiej La Liga, ostatnio prawdziwych potworów na poziomie rozgrywek kontynentalnych.
Powyższy tweet jest wymowny. Od sezonu 2013/2014 najlepsze hiszpańskie zespoły (w tym okresie były to akurat Real Madryt, Barcelona i Sevilla) zgarnęły wszystko, co było do zgarnięcia na europejskiej i światowej arenie. „Los Blancos” z Madrytu, co logiczne, bronią tytułu w Champions League, a istni królowie Europa League, „Los Nervionenses”, choć czwarty raz z rzędu w tych rozgrywkach nie zatriumfują, to koronę mogą ewentualnie przekazać jednemu z krajanów – Athleticowi, Celcie lub Villarrealowi.
Bo co na pewno warto dodać, to fakt, że La Liga jest jedyną ekstraklasą, która w tym sezonie ma komplet swoich reprezentantów na wiosnę w europejskich pucharach – czterech w Lidze Mistrzów i trzech w Lidze Europy. A wzmacniane statystykami anegdoty o wyczynach Hiszpanów w dwumeczach stają się powoli legendarne – w lutym ubiegłego roku ekipy z Półwyspu Iberyjskiego mogły się chwalić zwycięstwami w 35 z ostatnich 38 dwumeczów w europejskich pucharach, w maju – 47 na 50. Można by stwierdzić, że Hiszpanom jest łatwiej grać w pucharach niż w rodzimej lidze. Dominacja to nawet za mało powiedziane.
Po takich sukcesach naturalne stało się myślenie, czy kampania 2016/2017 w europejskich pucharach będzie czwartą z rzędu, którą zdominuje ekstraklasa z ojczyzny Cervantesa. Tym bardziej że w drugiej z kolei, czyli aktualnej, edycji Ligi Mistrzów mogła mieć ona pięć zespołów w fazie grupowej – w sezonie 2015/2016 do Barcelony, Realu, Atletico i Sevilli (jako, jakżeby inaczej, zwycięzcy Ligi Europy) dołączyła, wtedy jeszcze nie mająca tylu problemów co dziś, Valencia z Nuno Espirito Santo na ławce trenerskiej. „Nietoperze” z Estadio Mestalla wówczas mierzyły się w czwartej rundzie kwalifikacyjnej z AS Monaco, które ograły w dwumeczu 4:3 i potwierdziły tym samym prymat La Liga w Europie.
W lutym ubiegłego roku ekipy z Półwyspu Iberyjskiego mogły się chwalić zwycięstwami w 35 z ostatnich 38 dwumeczów w europejskich pucharach, w maju – 47 na 50.
Ale już rok później, przed edycją turnieju śledzoną przez nas aktualnie, potwierdziło się, że futbol może i zabiera, ale też oddaje. Ponownie – ostatnia prosta eliminacji, znów z jednej strony Monaco, a z drugiej ekipa z Hiszpanii. Tym razem był to Villarreal, w którym na kilka dni przed pierwszym meczem doszło do zmiany trenera. Praktycznie brak czasu na zgranie się szkoleniowca z drużyną nie mógł przynieść innego efektu niż przegrany 1:3 kwalifikacyjny dwumecz. Sukces w tym starciu rodzącego się wówczas nowego giganta ligi francuskiej mógł jednak niespecjalnie zmartwić Hiszpanów, ponieważ wciąż mieli w grze całą swoją najlepszą siódemkę ubiegłego sezonu, Villarreal dołączył do Athleticu i Celty w Lidze Europy.










