ŁKS Łódź pędzi przez 1. ligę niczym rozpędzony walec. Drużyna Wojciecha Stawowego odprawia kolejnych przeciwników, zdobywając średnio trzy bramki na mecz. W niedzielę „Rycerze Wiosny” pokonali szorującą po dnie tabeli Sandecję Nowy Sącz aż 4:1. Bohaterem spotkania, kompletując hat-tricka, został Łukasz Sekulski.
Sekulski po fatalnej postawie w PKO Ekstraklasie zaczął znowu prezentować się dobrze w 1. lidze. Po 30-latku widać, że w nowym sezonie dysponuje najlepszą formą od czasu dołączenia do łódzkiej drużyny. Trzy bramki zdobyte w niedzielnym meczu są efektem ciężkiej pracy, jaką Sekulski wykonuje w każdym meczu, w którym dostaje szansę.
Cichy bohater
Wiele osób może nie zauważać tytanicznej pracy, jaką Sekulski wykonywał od początku sezonu. W pierwszych czterech meczach były zawodnik Korony Kielce wchodził z ławki jako zmiennik Samuela Corrala. W każdym spotkaniu po wejściu z ławki stanowił wartość dodaną. Należy zwrócić uwagę na to, jak Sekulski zmienił się fizycznie. Z nieco ociężałego napastnika, który raczej będzie czekał na swoje okazje w polu karnym i ewentualnie dostawiał nogę, „Sekul” stał się szybkim, dużo szczuplejszym, a jednocześnie nadal dobrze zbudowanym piłkarzem.
Już od pierwszego meczu z Odrą Opole pochodzący z Płocka piłkarz udowadniał, że tanio skóry nie sprzeda. Sekulski dał dobrą zmianę, ambitnie ciągnął grę do przodu mimo wyniku 3:0. Nagrodę za tę pracę mógł otrzymać już kilka minut po wejściu na boisko, gdyby tylko Pirulo zamiast próbować wejść z piłką do bramki, podał „na pustaka” do napastnika. Mimo to Sekulski nie ustawał w próbach zdobycia bramki i w 90. minucie wpisał się na listę strzelców, ustalając wynik meczu na 4:0.
Ze Stomilem Olsztyn Wojciech Stawowy dał rozegrać napastnikowi tylko 13 minut. Znowu bardzo ambitnie atakował bramkę przeciwników, często przetrzymywał piłkę w kluczowych momentach. Zaliczyłby również asystę do Piotra Gryszkiewicza, ale sędzia wcześniej odgwizdał spalonego.
W derbach, mimo że pojawił się w 87. minucie, odegrał kluczową rolę w utrzymaniu wyniku 2:0 i pokazał, jak powinien prezentować się nowoczesny napastnik. Sekulski pełnił funkcję pierwszego obrońcy, który przejmuje piłkę, daje się faulować, zastawia się w odpowiednim momencie. W jego grze, oczywiście w odpowiedniej skali, było coś zbliżonego do filozofii Cholo Simeone. Im więcej Sekulskiego na połowie przeciwnika, tym mniejsze zagrożenie pod bramką ŁKS-u. Końcówka była nerwowa, Widzew napierał, a napastnik, jakby nic sobie z tego nie robiąc, zdobywał kolejne cenne metry boiska i kradł kolejne cenne sekundy rywalom.
W Sosnowcu Sekulski dostał od trenera 45 minut na wykazanie się. Świetnie dochodził do sytuacji bramkowych, ale jak na złość piłka nie chciała wpaść do bramki. Raz miał okazję powtórzyć piękną bramkę, jaką zdobył na stadionie Cracovii latem 2019 roku, jednak lob był niecelny i mimo że bramkarz leżał na ziemi, piłka przeleciała obok słupka po niewłaściwej stronie. Kiedy Zagłębie strzeliło bramkę kontaktową na 1:2, napastnik po raz kolejny pokazał umiejętności, którymi wykazał się w meczu z Widzewem. Znowu podchodził wysokim pressingiem pod rywali, znowu ostro atakował. Miało to nawet konsekwencje w postaci żółtej kartki, jaką zobaczył w 59. minucie spotkania.











