Po bardzo wyrównanym meczu wielkie Derby Europy zwyciężyła dobrze dysponowana ekipa Pepa Guardioli. Gra obu zespołów nie była taka, na jaką czekaliśmy, ale ostatecznie z wyniku cieszyć mogą się kibicie Barcelony.
Tuż przed meczem mogliśmy być zaskoczeni. W wyjściowej jedenastce Barcelony, co prawda znalazł się Leo Messi, ale na szpicy zamiast Ibrahimovicia oglądać mogliśmy Thierrego Henry. Real do tego spotkania przystąpił w optymalnym składzie, więc i Ronaldo był na liście Pellegriniego, ku naszemu zdziwieniu Portugalczyk rozpoczął tę konfrontacje jako najbardziej wysunięty zawodnik.
Na przedmeczową wypowiedź skusił się Patryk Reński, ekspert iGol.pl:
Moim zdaniem Gran Derbi jednak wygra Real. Powrót Cristiano Ronaldo, to świetna wiadomość dla fanów „Królewskich”, Ronaldo, to piłkarz, który sam może rozstrzygnąć losy tego meczu. W Barcelonie takim zawodnikiem jest Leo Messi, ale nie wiadomo tak naprawdę w jakiej formie jest Argentyńczyk. Po tym pojedynku powinno być jasne, kto zdobędzie nagrodę Złotej Piłki przyznawanej przez France Football.
Pierwsze minuty meczu trochę zawiodły, wiele w nich było walki w środku pola. Brakowało tych indywidualnych akcji Messiego czy Ronaldo, a przecież na takich akcji najbardziej oczekujemy w Derbach Europy.
Od 30. minuty spotkania Barcelona zaczęła grać agresywniej. Świetne podania od Xaviego czy Alvesa często jednak kończyły się na linii defensywnej „Galaktycznych”. Wyraźny był brak klasycznego napastnika, bowiem Francuz, Thierry Henry, nie zachwycał, jakby nie miał pomysłu na grę.
Po ostatnim gwizdku pierwszej połowy był bezbramkowy remis, mimo tego, że Barcelona częściej była przy piłce i to ona prowadziła grę, to podopieczni Pellegriniego częściej dochodzili do sytuacji strzeleckich. Między innymi w akcji Marcelo, który w odległości siedmiu metrów od bramki Valdesa chciał przełożyć sobie piłkę na drugą nogę…
Pierwszą odsłonę meczu podsumował Piotr Dyga, iGol.pl:
W pierwszej połowie nieznacznie lepiej zaprezentował się Real Madryt. Widać było, że wysoki pressing Królewskich uniemożliwiał Barcelonie złapanie własnego rytmu gry. Akcje „Dumy Katalonii” rozbijały się o dobrze zorganizowaną formację defensywną Realu. Katalończycy szukali więc szczęścia w grze skrzydłami. Obie ekipy miały szansę wyjścia na prowadzenie, jednak z dobrej strony zaprezentowali się bramkarze obu drużyn. Pierwsze 45 minut było nie tyle rozczarowujące, co zapowiadające większe emocje w drugiej części spotkania.
Druga połowa to jakby inna bajka. Od samego początku piłkarze ze stolicy Katalonii ruszyli do ataków. Bardzo widoczny był reprezentant Argentyny, Lionel Messi, który skutecznie przedzierał się przez defensywę Realu. Choć i na postawę Ronaldo nie można narzekać, wiadomo, że po tak długiej kontuzji piłkarz nie od razu wróci do pełni formy, ale Cristiano wszędzie próbował swoich sił, starał się, a to chyba najważniejsze.
Kluczowym momentem meczu było wejście na boisko Zlatana Ibrahimovicia w 52. minucie spotkania, bowiem zaledwie cztery minuty później Szwed wpisał się na listę strzelców. Po idealnym podaniu Alvesa z prawej flanki Ibra bez zastanowienia, z pierwszej piłki uderzył do siatki Casillasa. Po tej bramce Camp Nou ożyło.










