W niedzielnych meczach Primera Division nie zabrakło ani emocji, ani bramek. Po świetnym widowisku Saragossa przegrała z Malagą 3:5, a w innych meczach Getafe pewnie pokonało Levante 4:1, Sporting Gijon wygrał natomiast z Realem Mallorką 2:0. W starciu drużyn walczących o europejskie puchary, Villarreal rozbił Espanyol aż 4:0, a w najciekawiej zapowiadającym się niedzielnym meczu Sevilla zremisowała bezbramkowo z Deportivo La Coruna.
Bezbramkowy hit
Bezbramkowe widowisko obejrzeli kibice zgromadzenia na Estadio Ramon Sanchez Pizjuan w Sewilli. Zespół gospodarzy od pierwszych minut pokazał, że zespołowi z La Coruni będzie bardzo ciężko wywieźć stąd choćby punkt. Już w drugiej minucie piłkarze ze stolicy Andaluzji mogli wyjść na prowadzenie, ale strzał Fredrica Kanoute pewnie złapał Manu. Trzy minuty później mógł paść gol dla gości, jednak po centrze Morela z lewej strony piłkę pewnie wyłapał Palop. Następne minuty upływały na grze w środku pola, żadnej ze stron nie udało się stworzyć bramkowej sytuacji. Gracze Sevilli próbowali wyciągnąć rywali jak najdalej od bramki, jednak były to nieudane próby. Szansa na otwarcie wyniku była w 18. minucie, ale strzał Alvaro Negredo czubkiem buta nie mógł zaskoczyć Manu. Sześć minut później gospodarze mieli podwójną sytuację, ale Negredo pudłował raz za razem. Najpierw po dośrodkowaniu Navasa Hiszpan akrobatycznym strzałem nie trafił do siatki, a chwilę później po centrze Perottiego po uderzeniu głową piłka trafiła w poprzeczkę. W końcówce pierwszej połowy obudziło się Deportivo, które szukało okazji do strzelenia gola po stałych fragmentach gry, jednak i ten sposób nie okazał się skuteczny i na przerwę obie drużyny zeszły przy bezbramkowym remisie.
Drugą połowę lepiej zaczęli gospodarze. W 49. minucie bliski szczęścia był Caceres, ale po minięciu prawie całej linii defensywnej „Depor”, Urugwajczykowi nie udało mu się pokonać Manu. Trzy minuty później bliski szczęścia był Perotti, ale jego strzał z kilkunastu metrów został zablokowany. Ku zaskoczeniu publiczności, to Deportivo przeprowadziło najgroźniejszą akcję w drugiej połowie. Po dośrodkowaniu piłka trafiła do zupełnie niepilnowanego w polu bramkowym Lopo, ale ten posłał ją głową wysoko nad bramką. W odpowiedzi gola próbował zdobyć ponownie Perotti, ale i tym razem nie udało mu się wykorzystać gapiostwa obrońców Deportivo i jego strzał obronił Manu, który zaczął wyrastać na bohatera spotkania.
Na anty-bohatera spotkania można było wskazać Negredo, który seryjnie marnował sytuacje. Najpierw w 65. minucie nie wykorzystał sytuacji sam na sam z bramkarzem, a cztery minuty później nie był w stanie wykończyć dwójkowej akcji z Jose Carlosem.
Bardzo blisko zdobycia gola był w 72. minucie Konko, ale strzał obrońcy Sevilli po raz drugi w tym meczu zatrzymał się na poprzeczce. W przeciągu ostatnich kilkunastu<p> minut gracze ze stolicy Andaluzji próbowali zdobyć zwycięskiego gola, ale zarówno strzał wprowadzonego za Alvaro Negredo Luisa Fabiano został zablokowany, jak i sytuacja Perottiego została przerwana, kiedy sędzia podniósł chorągiewkę, sygnalizując pozycję spaloną, której nie było. Pomimo dużej przewagi, zwłaszcza w drugiej połowie, Deportivo dowiozło do konca remis i zdobyło drugi punkt w sezonie, natomiast dla Sevilli była to pierwsza strata punktów.
Do starcia dwóch drużyn walczących o europejskie puchary doszło w Villarreal, gdzie miejscowy klub podejmował Espanyol Barcelona. Pierwszą groźną sytuację stworzyli gospodarze – w 4. minucie, po indywidualnej akcji lewą stroną, Cazorla zdecydował się na dośrodkowanie, ale nadbiegający Borja Valero nie był w stanie skierować piłki głową do siatki. Dwie minuty później dwukrotnie umiejętnościami musiał wykazać się bramkarz Villarreal, Diego Lopez. Najpierw po strzale napastnika Espanyolu, Osvaldo, sparował piłkę na rzut rożny, a chwilę później obronił jeszcze groźniejszy strzał tego samego piłkarza. Napór bramki gospodarzy nie malał. W 12. minucie na gracza meczu zaczął wyrastać bramkarz Villarreal, który obronił kąśliwy strzał Luisa Garcii.
Jednak jak mówi piłkarskie porzekadło, niewykorzystane sytuacje się mszczą. W 23. minucie gospodarzom udało się otworzyć wynik meczu. Po podaniu Borjy Valero, do woleja złożył się Giuseppe Rossi i pięknym strzałem pokonał bramkarza Espanyolu, Kameniego. Osiem minut później było już 2:0. Tym razem Borja Valero odzyskał piłkę przed polem karnym i zaskakującym strzałem podwyższył prowadzenie. Wynik nie oddawał wydarzeń na boisku, bo to piłkarze ze stolicy Katalonii byli stroną przeważającą, grający w dodatku osłabieni kontuzją jednego ze swoich lepszych zawodników na boisku, Osvaldo. Do przerwy obie ekipy nie stworzyły sobie groźnych sytuacji i to piłkarze Żółtej Łodzi Podwodnej mogli schodzić w lepszych nastrojach do szatni.
Po zmianie stron koszmar Espanyolu trwał dalej, czego skutkiem był rzut karny w 55. minucie dla gospodarzy po faulu Kameniego na Musacchio. Do piłki ustawionej na jedenastym metrze podszedł Rossi i pewnym strzałem zdobył swojego drugiego gola w tym spotkaniu, choć piłkarze Espanyolu reklamowali, że Włoch strzelał „na dwa tempa” i żądali powtórki. Stracone bramki nie sprawiły, że Katalończycy poddali mecz bez walki. Bardzo bliski strzelenia bramki był w 63. minucie Callejon, ale po jego strzale piłkę zdołał dotknąć Diego Lopez i zmierzającą powoli do bramki piłkę zdołał z linii bramkowej wybić Marchena.
Grający ofensywnie Espanyol został skarcony ponownie w 77. minucie. Z linii końcowej dośrodkował Jefferson Montero i nieatakowany Nilmar mógł spokojnie wepchnąć piłkę do bramki. Cztery minuty później mogło być już 5:0, jednak strzał Montero z linii pola karnego minął lewy słupek bramki Kameniego. Z takim przebiegiem meczu nie wszyscy zawodnicy Espanyolu byli sobie w stanie poradzić. W końcówce meczu Chica „zapolował” na nogi Montero i ostrym wejściem od tyłu powalił rywala bez piłki, za co słusznie otrzymał czerwoną kartkę i Katalończycy musieli kończyć mecz w dziesiątkę. Villarreal w końcówce bardziej bawił się piłką, próbują w efektowny sposób wykończyć rywala, ale do końca meczu wynik nie uległ już zmianie i choć wynik na to nie wskazuje, to po wyrównanym meczu Villarreal pokonało Espanyol 4:0 i odniosło pierwsze zwycięstwo w tym sezonie.
Saragossie zabrakło czasu
Zdecydowanie najciekawszy niedzielny mecz obejrzeli kibice w Saragossie, gdzie miejscowy Real podejmował Malagę. Mecz dopiero co się rozpoczął, a gospodarze już musieli odrabiać straty. Już w pierwszej minucie spotkania Eliseu dośrodkował z lewego narożnika, stojący na bliskim słupku Juanmi przedłużył podanie i nadbiegający na długi słupek Fernando wbił piłkę do bramki Leo Franco, który nie miał szans na skuteczną interwencję. Saragossa jeszcze nie otrząsnęła się po błyskawicznym początku Malagi, a bramkarz Leo Franco musiał ponownie wyciągać piłkę z siatki. Po szybkiej kontrze i indywidualnej akcji Eliseu zmylił obrońców i dośrodkował na długi słupek, gdzie Juanmiemu nie pozostało nic innego jak wbić piłkę do siatki – Leo Franco ponownie nie miał nic do powiedzenia. Saragossa była bliska strzelenia kontaktowego gola w 13. minucie, ale po krótko rozegranym rzucie wolnym Edmilson zmarnował świetną sytuację, uderzając w słupek. Saragossa jednak nie odpuszczała, co potwierdziło posiadanie piki po pierwszych 20 minutach, które wynosiło… 80%-20% na korzyść gospodarzy.
Malaga skupiała się na rozbijaniu ataków rywala, czekając na okazję do kontry. Szansa przyszła w 27. minucie. Po błędzie na lewej stronie Eliseu przejął piłkę, pognał skrzydłem i dośrodkował w pole karne. Tor lotu piłki źle ocenił Leo Franco i Fernando głową wpakował piłkę do siatki. Wydawało się, że bardziej piorunującego początku Malaga nie mogła sobie wymarzyć, a jednak – był to dopiero początek. Kolejną kontrę z własnej połowy wyprowadził Quincy, który wbiegł z piłką w pole karne rywala i odegrał do Juanmigo, który bez problemów strzelił czwartego gola. Kibice na stadionie jeszcze nie zdążyli dojść do siebie, a już musieli znieść stratę piątego gola! Po koszmarnym błędzie Jarosika w 34. minucie Quincy znalazł się w sytuacji sam na sam z Leo Franco i bez problemów pokonał bramkarza gospodarzy – to był prawdziwy pogrom! Chwilę później mogło być już 6:0, ale fatalnie przestrzelił Quincy.
Saragossę stać było jednak przed przerwą na bramkę kontaktową. W 40. minucie na strzał na długi słupek zdecydował się Edmilson i przywrócił nadzieję kibiców. W pierwszej połowie więcej bramek już nie padło i Malaga mogła schodzić do szatni niemal pewna wysokiego zwycięstwa, ze 100-procentową skutecznością wykorzystywania sytuacji strzeleckich. Od początku drugiej połowy Saragossa rzuciła się do odrabiania strat, ale wiara przynajmniej w końcowy remis malała z każdą uciekającą minutą. Rewelacyjne zawody rozgrywał Quincy, który szalał na lewej stronie boiska, dogrywając świetne piłki do napastników, którzy jednak marnowali wszystkie sytuacje.
Saragossa była bliska strzelenia drugiego gola w 61. minucie, ale centrę Obradovicia nieskutecznie próbował zamienić na gola rezerwowy Sinama-Pongolle. Realowi udało się dopiąć swego w 67. minucie – Sinama-Pongolle zagrał na puste pole, gdzie do piłki dopadł Marco Perez i pokonał bramkarza Malagi. Ale Malaga nie zamierzała tylko czekać na kolejne gole rywali. W 75. minucie świetną paradą po strzale Quincy’ego popisał się Leo Franco, ale to Saragossa cieszyła się z kolejnego gola. Pięć minut później było już tylko 3:5. Z linii pola karnego pięknym strzałem piłkę do siatki skierował Ander Herrera i piłkarze na nowo uwierzyli w końcowy sukces. Bardzo blisko kolejnego gola był w 89. minucie Diogo, ale ostatecznie po fantastycznym widowisku Saragossa przegrała z Malagą 3:5.
Pewne zwycięstwo Getafe
Podobne emocje towarzyszyły meczowi Getafe – Levante. Już po 10 minutach na tablicy wyników widniało 2:0 dla gospodarzy. Najpierw w 5. minucie, po dośrodkowaniu z prawej strony, do piłki nie doskoczył Manu de Moral, ale zamykający akcję Gavilan uderzeniem głową nie dał szans bramkarzowi Levante, Munui. Pięć minut później, grający bardzo dobre zawody Colunga, po świetnym podaniu Gavilana ze środka boiska w sytuacji sam na sam pokonał Menuę. Drużynę z Walencji stać było na szybką odpowiedź. Rafa Jorda skorzystał z niefrasobliwości bramkarza Getafe, Ustariego, i zdobył kontaktowego gola.
Po tym golu mecz się mocno wyrównał, a najlepszą okazję na kolejną bramkę miał Manu del Moral, który trafił w 26. minucie w słupek. Gracze beniaminka ustępowali umiejętnościami madrytczykom, ale wszelkie braki nadrabiali ambicją. Koniec pierwszej połowy bardzo różnił się od szybkiej gry z początku spotkania, jakby obie drużyny wyczekiwały już gwizdka sędziego. Natomiast od początku drugiej połowy Levante ambitnie rzuciło się na przeciwnika, ale Getafe nadal kontrolowało grę i to ta drużyna stwarzała groźniejsze sytuacje. W 68. minucie w bardzo groźnej sytuacji Munua zapobiegł utracie trzeciej bramki, a pięć minut później obronił strzał głową El Cata Diaza.
Piłkarze z Walencji do końca atakowali, ale przyniosło im to stratę kolejnych goli. Najpierw w 90. minucie po kontrze Gavilan strzelił celnie zza pola karnego i piłka, przy biernej postawie bramkarza, wpadła do siatki. W ostatniej akcji meczu wynik na 4:1 podwyższył Arizmendi. Gavilan wykorzystał nieporozumienie Javiego Venty i Munuy i odegrał do lepiej ustawionego kolegi, który pewnie umieścił piłkę w siatce. Getafe przez cały mecz kontrolowało mecz i zasłużenie pokonało grającego bardzo ambitnie rywala 4:1.
Zasłużone zwycięstwo Sportingu
Zdecydowanie mniej ciekawie było na boisku w Gijon, gdzie miejscowy Sporting podejmował Real Mallorkę. Za faworyta spotkania można było uważać zespół z Mallorki i blisko potwierdzenia tego był w 7. minucie Jonathan De Guzman, który wybiegał na czystą pozycję. Sędzia jednak odgwizdał pozycję spaloną, której nie było. W 15. minucie okazji nie wykorzystał Sporting – Sangoy wygrał walkę z Rubenem i będąc sam na sam z Aouate, strzelił w trybuny. Bramkarz Mallorki był bohaterem także dwóch kolejnych sytuacji – w 19. minucie złapał piłkę po groźnym dośrodkowaniu De las Cuevasa, a chwilę później po mocnym strzale Diego Castro pewnie złapał piłkę. Do przerwy więcej groźnych okazji nie było i po dobrzej grze Sporting tylko remisował z przeciętną Mallorką.
Pierwszy gol spotkania padł już kilkadziesiąt sekund po gwizdku rozpoczynającym drugą połowę. Po dograniu piłki przez Lorę obrońca Sportingu Botia potężnym strzałem z prawej nogi nie dał szans bohaterowi pierwszej połowy, Aouate. Mallorca chciała jak najszybciej odpowiedzieć, ale jej zagrania pełne były niedokładności. W 79. minucie dobrą okazję na wyrównanie miał De Guzman, ale jego strzał z linii pola karnego obronił Juan Pablo. W 84. minucie Mallorca straciła wszelkie nadzieje na korzystny rezultat. W polu karnym znalazł się Carmelo, którego wejściem od tyłu powalił spóźniony Nunes, za co jako ostatni obrońca otrzymał czerwoną kartkę. Chwilę później powtórzony rzut karny pewnie wykorzystał Diego Castro i podopieczni Michela Laudrupa po słabym spotkaniu wrócili do domów bez chociażby punktu, a gracze Sportingu Gijon cieszyli się z zasłużonego zwycięstwa 2:0.
W niedzielnych meczach Primera Division nie zabrakło ani emocji, ani bramek. Po świetnym widowisku Saragossa przegrała z Malagą 3:5, a w innych meczach Getafe pewnie pokonało Levante 4:1, Sporting Gijon wygrał natomiast z Realem Mallorką 2:0. W starciu drużyn walczących o europejskie puchary, Villarreal rozbił Espanyol aż 4:0, a w najciekawiej zapowiadającym się niedzielnym meczu Sevilla zremisowała bezbramkowo z Deportivo La Coruna.
Bezbramkowy hit
Bezbramkowe widowisko obejrzeli kibice zgromadzenia na Estadio Ramon Sanchez Pizjuan w Sewilli. Zespół gospodarzy od pierwszych minut pokazał, że zespołowi z La Coruni będzie bardzo ciężko wywieźć stąd choćby punkt. Już w drugiej minucie piłkarze ze stolicy Andaluzji mogli wyjść na prowadzenie, ale strzał Fredrica Kanoute pewnie złapał Manu. Trzy minuty później mógł paść gol dla gości, jednak po centrze Morela z lewej strony piłkę pewnie wyłapał Palop. Następne minuty upływały na grze w środku pola, żadnej ze stron nie udało się stworzyć bramkowej sytuacji. Gracze Sevilli próbowali wyciągnąć rywali jak najdalej od bramki, jednak były to nieudane próby. Szansa na otwarcie wyniku była w 18. minucie, ale strzał Alvaro Negredo czubkiem buta nie mógł zaskoczyć Manu. Sześć minut później gospodarze mieli podwójną sytuację, ale Negredo pudłował raz za razem. Najpierw po dośrodkowaniu Navasa Hiszpan akrobatycznym strzałem nie trafił do siatki, a chwilę później po centrze Perottiego po uderzeniu głową piłka trafiła w poprzeczkę. W końcówce pierwszej połowy obudziło się Deportivo, które szukało okazji do strzelenia gola po stałych fragmentach gry, jednak i ten sposób nie okazał się skuteczny i na przerwę obie drużyny zeszły przy bezbramkowym remisie.
Drugą połowę lepiej zaczęli gospodarze. W 49. minucie bliski szczęścia był Caceres, ale po minięciu prawie całej linii defensywnej „Depor”, Urugwajczykowi nie udało mu się pokonać Manu. Trzy minuty później bliski szczęścia był Perotti, ale jego strzał z kilkunastu metrów został zablokowany. Ku zaskoczeniu publiczności, to Deportivo przeprowadziło najgroźniejszą akcję w drugiej połowie. Po dośrodkowaniu piłka trafiła do zupełnie niepilnowanego w polu bramkowym Lopo, ale ten posłał ją głową wysoko nad bramką. W odpowiedzi gola próbował zdobyć ponownie Perotti, ale i tym razem nie udało mu się wykorzystać gapiostwa obrońców Deportivo i jego strzał obronił Manu, który zaczął wyrastać na bohatera spotkania.
Na anty-bohatera spotkania można było wskazać Negredo, który seryjnie marnował sytuacje. Najpierw w 65. minucie nie wykorzystał sytuacji sam na sam z bramkarzem, a cztery minuty później nie był w stanie wykończyć dwójkowej akcji z Jose Carlosem.
Bardzo blisko zdobycia gola był w 72. minucie Konko, ale strzał obrońcy Sevilli po raz drugi w tym meczu zatrzymał się na poprzeczce. W przeciągu ostatnich kilkunastu<p> minut gracze ze stolicy Andaluzji próbowali zdobyć zwycięskiego gola, ale zarówno strzał wprowadzonego za Alvaro Negredo Luisa Fabiano został zablokowany, jak i sytuacja Perottiego została przerwana, kiedy sędzia podniósł chorągiewkę, sygnalizując pozycję spaloną, której nie było. Pomimo dużej przewagi, zwłaszcza w drugiej połowie, Deportivo dowiozło do konca remis i zdobyło drugi punkt w sezonie, natomiast dla Sevilli była to pierwsza strata punktów.
Pogrom w Villarreal
Do starcia dwóch drużyn walczących o europejskie puchary doszło w Villarreal, gdzie miejscowy klub podejmował Espanyol Barcelona. Pierwszą groźną sytuację stworzyli gospodarze – w 4. minucie, po indywidualnej akcji lewą stroną, Cazorla zdecydował się na dośrodkowanie, ale nadbiegający Borja Valero nie był w stanie skierować piłki głową do siatki. Dwie minuty później dwukrotnie umiejętnościami musiał wykazać się bramkarz Villarreal, Diego Lopez. Najpierw po strzale napastnika Espanyolu, Osvaldo, sparował piłkę na rzut rożny, a chwilę później obronił jeszcze groźniejszy strzał tego samego piłkarza. Napór bramki gospodarzy nie malał. W 12. minucie na gracza meczu zaczął wyrastać bramkarz Villarreal, który obronił kąśliwy strzał Luisa Garcii.
Jednak jak mówi piłkarskie porzekadło, niewykorzystane sytuacje się mszczą. W 23. minucie gospodarzom udało się otworzyć wynik meczu. Po podaniu Borjy Valero, do woleja złożył się Giuseppe Rossi i pięknym strzałem pokonał bramkarza Espanyolu, Kameniego. Osiem minut później było już 2:0. Tym razem Borja Valero odzyskał piłkę przed polem karnym i zaskakującym strzałem podwyższył prowadzenie. Wynik nie oddawał wydarzeń na boisku, bo to piłkarze ze stolicy Katalonii byli stroną przeważającą, grający w dodatku osłabieni kontuzją jednego ze swoich lepszych zawodników na boisku, Osvaldo. Do przerwy obie ekipy nie stworzyły sobie groźnych sytuacji i to piłkarze Żółtej Łodzi Podwodnej mogli schodzić w lepszych nastrojach do szatni.
Po zmianie stron koszmar Espanyolu trwał dalej, czego skutkiem był rzut karny w 55. minucie dla gospodarzy po faulu Kameniego na Musacchio. Do piłki ustawionej na jedenastym metrze podszedł Rossi i pewnym strzałem zdobył swojego drugiego gola w tym spotkaniu, choć piłkarze Espanyolu reklamowali, że Włoch strzelał „na dwa tempa” i żądali powtórki. Stracone bramki nie sprawiły, że Katalończycy poddali mecz bez walki. Bardzo bliski strzelenia bramki był w 63. minucie Callejon, ale po jego strzale piłkę zdołał dotknąć Diego Lopez i zmierzającą powoli do bramki piłkę zdołał z linii bramkowej wybić Marchena.
Grający ofensywnie Espanyol został skarcony ponownie w 77. minucie. Z linii końcowej dośrodkował Jefferson Montero i nieatakowany Nilmar mógł spokojnie wepchnąć piłkę do bramki. Cztery minuty później mogło być już 5:0, jednak strzał Montero z linii pola karnego minął lewy słupek bramki Kameniego. Z takim przebiegiem meczu nie wszyscy zawodnicy Espanyolu byli sobie w stanie poradzić. W końcówce meczu Chica „zapolował” na nogi Montero i ostrym wejściem od tyłu powalił rywala bez piłki, za co słusznie otrzymał czerwoną kartkę i Katalończycy musieli kończyć mecz w dziesiątkę. Villarreal w końcówce bardziej bawił się piłką, próbują w efektowny sposób wykończyć rywala, ale do końca meczu wynik nie uległ już zmianie i choć wynik na to nie wskazuje, to po wyrównanym meczu Villarreal pokonało Espanyol 4:0 i odniosło pierwsze zwycięstwo w tym sezonie.
Saragossie zabrakło czasu
Zdecydowanie najciekawszy niedzielny mecz obejrzeli kibice w Saragossie, gdzie miejscowy Real podejmował Malagę. Mecz dopiero co się rozpoczął, a gospodarze już musieli odrabiać straty. Już w pierwszej minucie spotkania Eliseu dośrodkował z lewego narożnika, stojący na bliskim słupku Juanmi przedłużył podanie i nadbiegający na długi słupek Fernando wbił piłkę do bramki Leo Franco, który nie miał szans na skuteczną interwencję. Saragossa jeszcze nie otrząsnęła się po błyskawicznym początku Malagi, a bramkarz Leo Franco musiał ponownie wyciągać piłkę z siatki. Po szybkiej kontrze i indywidualnej akcji Eliseu zmylił obrońców i dośrodkował na długi słupek, gdzie Juanmiemu nie pozostało nic innego jak wbić piłkę do siatki – Leo Franco ponownie nie miał nic do powiedzenia. Saragossa była bliska strzelenia kontaktowego gola w 13. minucie, ale po krótko rozegranym rzucie wolnym Edmilson zmarnował świetną sytuację, uderzając w słupek. Saragossa jednak nie odpuszczała, co potwierdziło posiadanie piki po pierwszych 20 minutach, które wynosiło… 80%-20% na korzyść gospodarzy.
Malaga skupiała się na rozbijaniu ataków rywala, czekając na okazję do kontry. Szansa przyszła w 27. minucie. Po błędzie na lewej stronie Eliseu przejął piłkę, pognał skrzydłem i dośrodkował w pole karne. Tor lotu piłki źle ocenił Leo Franco i Fernando głową wpakował piłkę do siatki. Wydawało się, że bardziej piorunującego początku Malaga nie mogła sobie wymarzyć, a jednak – był to dopiero początek. Kolejną kontrę z własnej połowy wyprowadził Quincy, który wbiegł z piłką w pole karne rywala i odegrał do Juanmigo, który bez problemów strzelił czwartego gola. Kibice na stadionie jeszcze nie zdążyli dojść do siebie, a już musieli znieść stratę piątego gola! Po koszmarnym błędzie Jarosika w 34. minucie Quincy znalazł się w sytuacji sam na sam z Leo Franco i bez problemów pokonał bramkarza gospodarzy – to był prawdziwy pogrom! Chwilę później mogło być już 6:0, ale fatalnie przestrzelił Quincy.
Saragossę stać było jednak przed przerwą na bramkę kontaktową. W 40. minucie na strzał na długi słupek zdecydował się Edmilson i przywrócił nadzieję kibiców. W pierwszej połowie więcej bramek już nie padło i Malaga mogła schodzić do szatni niemal pewna wysokiego zwycięstwa, ze 100-procentową skutecznością wykorzystywania sytuacji strzeleckich. Od początku drugiej połowy Saragossa rzuciła się do odrabiania strat, ale wiara przynajmniej w końcowy remis malała z każdą uciekającą minutą. Rewelacyjne zawody rozgrywał Quincy, który szalał na lewej stronie boiska, dogrywając świetne piłki do napastników, którzy jednak marnowali wszystkie sytuacje.
Saragossa była bliska strzelenia drugiego gola w 61. minucie, ale centrę Obradovicia nieskutecznie próbował zamienić na gola rezerwowy Sinama-Pongolle. Realowi udało się dopiąć swego w 67. minucie – Sinama-Pongolle zagrał na puste pole, gdzie do piłki dopadł Marco Perez i pokonał bramkarza Malagi. Ale Malaga nie zamierzała tylko czekać na kolejne gole rywali. W 75. minucie świetną paradą po strzale Quincy’ego popisał się Leo Franco, ale to Saragossa cieszyła się z kolejnego gola. Pięć minut później było już tylko 3:5. Z linii pola karnego pięknym strzałem piłkę do siatki skierował Ander Herrera i piłkarze na nowo uwierzyli w końcowy sukces. Bardzo blisko kolejnego gola był w 89. minucie Diogo, ale ostatecznie po fantastycznym widowisku Saragossa przegrała z Malagą 3:5.
Pewne zwycięstwo Getafe
Podobne emocje towarzyszyły meczowi Getafe – Levante. Już po 10 minutach na tablicy wyników widniało 2:0 dla gospodarzy. Najpierw w 5. minucie, po dośrodkowaniu z prawej strony, do piłki nie doskoczył Manu de Moral, ale zamykający akcję Gavilan uderzeniem głową nie dał szans bramkarzowi Levante, Munui. Pięć minut później, grający bardzo dobre zawody Colunga, po świetnym podaniu Gavilana ze środka boiska w sytuacji sam na sam pokonał Menuę. Drużynę z Walencji stać było na szybką odpowiedź. Rafa Jorda skorzystał z niefrasobliwości bramkarza Getafe, Ustariego, i zdobył kontaktowego gola.
Po tym golu mecz się mocno wyrównał, a najlepszą okazję na kolejną bramkę miał Manu del Moral, który trafił w 26. minucie w słupek. Gracze beniaminka ustępowali umiejętnościami madrytczykom, ale wszelkie braki nadrabiali ambicją. Koniec pierwszej połowy bardzo różnił się od szybkiej gry z początku spotkania, jakby obie drużyny wyczekiwały już gwizdka sędziego. Natomiast od początku drugiej połowy Levante ambitnie rzuciło się na przeciwnika, ale Getafe nadal kontrolowało grę i to ta drużyna stwarzała groźniejsze sytuacje. W 68. minucie w bardzo groźnej sytuacji Munua zapobiegł utracie trzeciej bramki, a pięć minut później obronił strzał głową El Cata Diaza.
Piłkarze z Walencji do końca atakowali, ale przyniosło im to stratę kolejnych goli. Najpierw w 90. minucie po kontrze Gavilan strzelił celnie zza pola karnego i piłka, przy biernej postawie bramkarza, wpadła do siatki. W ostatniej akcji meczu wynik na 4:1 podwyższył Arizmendi. Gavilan wykorzystał nieporozumienie Javiego Venty i Munuy i odegrał do lepiej ustawionego kolegi, który pewnie umieścił piłkę w siatce. Getafe przez cały mecz kontrolowało mecz i zasłużenie pokonało grającego bardzo ambitnie rywala 4:1.
Zasłużone zwycięstwo Sportingu
Zdecydowanie mniej ciekawie było na boisku w Gijon, gdzie miejscowy Sporting podejmował Real Mallorkę. Za faworyta spotkania można było uważać zespół z Mallorki i blisko potwierdzenia tego był w 7. minucie Jonathan De Guzman, który wybiegał na czystą pozycję. Sędzia jednak odgwizdał pozycję spaloną, której nie było. W 15. minucie okazji nie wykorzystał Sporting – Sangoy wygrał walkę z Rubenem i będąc sam na sam z Aouate, strzelił w trybuny. Bramkarz Mallorki był bohaterem także dwóch kolejnych sytuacji – w 19. minucie złapał piłkę po groźnym dośrodkowaniu De las Cuevasa, a chwilę później po mocnym strzale Diego Castro pewnie złapał piłkę. Do przerwy więcej groźnych okazji nie było i po dobrzej grze Sporting tylko remisował z przeciętną Mallorką.
Pierwszy gol spotkania padł już kilkadziesiąt sekund po gwizdku rozpoczynającym drugą połowę. Po dograniu piłki przez Lorę obrońca Sportingu Botia potężnym strzałem z prawej nogi nie dał szans bohaterowi pierwszej połowy, Aouate. Mallorca chciała jak najszybciej odpowiedzieć, ale jej zagrania pełne były niedokładności. W 79. minucie dobrą okazję na wyrównanie miał De Guzman, ale jego strzał z linii pola karnego obronił Juan Pablo. W 84. minucie Mallorca straciła wszelkie nadzieje na korzystny rezultat. W polu karnym znalazł się Carmelo, którego wejściem od tyłu powalił spóźniony Nunes, za co jako ostatni obrońca otrzymał czerwoną kartkę. Chwilę później powtórzony rzut karny pewnie wykorzystał Diego Castro i podopieczni Michela Laudrupa po słabym spotkaniu wrócili do domów bez chociażby punktu, a gracze Sportingu Gijon cieszyli się z zasłużonego zwycięstwa 2:0.