Za czasów gry w Realu i Manchesterze City imponował formą, było o nim głośno jak o mało którym piłkarzu. Po transferze do Milanu stopniowo przygasał, aż w końcu kompletnie się wypalił. Co się stało z Robinho?
Dobre złego początki
Robson de Souza, znany bardziej jako Robinho, urodził się w 1984 roku w Sao Vicente. Został dostrzeżony przez skautów Santosu w 1993 roku, kiedy to strzelił siedemdziesiąt trzy bramki dla futsalowej drużyny Portuarios. Miesiąc po zakończeniu rozgrywek został włączony do programu szkolenia młodzieży Santosu, nadzorowanego przez samego Pelego. W 2002 roku, dzięki dobrym występom w sekcjach młodzieżowych klubu, został włączony do pierwszego zespołu. Pomógł swojej drużynie zdobyć pierwsze od 20 lat mistrzostwo kraju. Jego rozwój przebiegał na tyle pomyślnie, że dwa lata później został wybrany na najlepszego gracza. Nie wszystko szło jednak po jego myśli.

Dobre występy zarówno w klubie, jak i reprezentacji, w której zdążył już wówczas zadebiutować, przykuły uwagę Realu Madryt. „Królewscy” bardzo mocno zabiegali o sprowadzenie do siebie młodego napastnika, a sam Robinho również chciał przenieść się do Madrytu. Plany te zostały jednak pokrzyżowane poprzez porwanie jego matki, która przez czterdzieści dni była przetrzymywana w nieznanym miejscu. Robinho zawiesił negocjacje z Realem i ogłosił, że nigdzie się nie ruszy, dopóki jego matka nie zostanie odnaleziona. Koszmar wkrótce się skończył, a porywacze zostali złapani. To wydarzenie tylko pogłębiło w Brazylijczyku chęć opuszczenia kraju i wreszcie 25 sierpnia 2005 roku oficjalnie został piłkarzem „Królewskich”. Wraz z nim ojczyznę opuściła cała rodzina.
Podbój Europy

Transfer do Hiszpanii wyraźnie mu służył. Z meczu na mecz grał coraz lepiej. Strzelał ważne gole, asystował i cieszył kibiców wymyślnymi sztuczkami i dryblingami. Trzeba jednak pamiętać, jakim klubem jest Real – to istny gwiazdozbiór i często trudno pogodzić ze sobą wszystkie te indywidualności. Mimo dobrej formy Robinho nie grał tyle, ile by tego oczekiwał. Nie mógł się pogodzić z tym, że czasem musi zejść ze sceny i zrobić na niej miejsce dla kogoś innego. Nic więc dziwnego, że gdy otrzymał ofertę lukratywnego kontraktu z Manchesteru City, zgodził się. Był to klub prężnie rozwijający się, z nieograniczonymi zasobami, który walczył o najwyższe cele, a Brazylijczyk miał być jego pierwszoplanową postacią. Hiszpanię opuszczał z dorobkiem trzydziestu pięciu goli i dwudziestu trzech asyst.













