W letnim okienku transferowym Kamil Glik opuścił AS Monaco i po czteroletniej przerwie wrócił do Włoch. Tam związał się trzyletnią umową z beniaminkiem Serie A – Benevento Calcio. Reprezentant Polski trafił zatem do drużyny, która najszybciej w historii wywalczyła sobie awans do najwyższej klasy rozgrywkowej. Wydawało się więc, że przy odpowiednich wzmocnieniach „Czarownice” zdołają utrzymać się w lidze. Niestety tak się jednak nie stało. Po fatalnej rundzie wiosennej Benevento ponownie wraca do Serie B.
Naprawdę trudno było krytykować ten wybór Kamila Glika. Owszem, można było się spodziewać, że mając tak uznaną markę we Włoszech, ktoś lepszy spojrzy w jego stronę. Czy jednak Benevento dało powody do tego, by ich deprecjonować? Zespół prowadzony przez Filippo Inzaghiego wykazywał spore ambicje. Właściciele klubu nie raz to podkreślali, wyrażając przekonanie, że po spadku w sezonie 2017/2018 szybko zdołają powrócić do elity. Jednak chyba nie każdy wówczas chciał tego szybkiego powrotu po tak fatalnej postawie, jaką wtedy zaprezentował klub z Benewentu. Dla przypomnienia, pierwsze zwycięstwo odnieśli dopiero w 19. kolejce.
Teraz jednak ich awans był postrzegany bardzo pozytywnie. Wracając przy tym do tematu Glika. Ściągnięcie tak doświadczonego defensora, do niedawna jednego z najlepszych w Ligue 1 – było na papierze bardzo mądrym ruchem. Negocjacje z Polakiem były prowadzone jeszcze w trakcie końcówki sezonu w Serie B, tuż po zapewnieniu sobie awansu.
Mimo wielu plotek odnośnie do nowych nazwisk, które Benevento chciało sprowadzić, finalnie postawiono na jakość, a nie ilość. Poza Kamilem Glikiem do drużyny dołączyło dwóch ofensywnych zawodników z dosyć uznaną marką – Gianluca Lapadula i Gianluca Caprari. Defensywę postanowiono wzmocnić jeszcze m.in. Fabio Depaolim, który został wypożyczony z Sampdorii. Wiele obiecywano sobie jeszcze po Iago Falque, ale jego w trakcie sezonu częściej spotykano w gabinecie medycznym niż na murawie.
Niewiele wskazywało na zapaść
Od początku sezonu mecze Benevento przyciągały widzów. Zawsze można było mieć pewność, że obojętnie z kim nie zagrają, emocji w tych starciach nie zabraknie. Gorzej było jednak na starcie z punktowaniem, bo zwycięstw było za mało. Ten szalony styl gry mógł jednak dawać optymistyczne myślenie, że w końcu przyniesie on większe efekty. Z ciekawostek statystycznych – w pierwszych siedmiu spotkaniach z udziałem Benevento padło aż 30 bramek (źródło: ).












