Górnik Zabrze triumfuje po raz siódmy w swojej historii w Pucharze Polski. To jest wielkie wydarzenie dla całego klubu. Zagrali piłkarze Michala Gasparika mecz jaki chciałaby zagrać każda drużyna w finale jakiekolwiek turnieju. Fani dopisali i przeżywali ten mecz w sposób niesamowity. Dlaczego Trójkolorowi poradzili sobie tak gładko z ekipą Łukasza Tomczyka i świętują po raz pierwszy od 54 lat?
Wstępne badanie
Górnik Zabrze przeczekał pierwszy kwadrans meczu finałowego. Zawodnicy Michala Gašparika badali na co stać ekipę z Częstochowy. Wstępne badanie wykazało brak większego zagrożenia i przyszedł czas na sprawdzenie obrony podopiecznych Łukasza Tomczyka. „Trójkolorowi” byli dynamiczniejsi i wyczuwaliśmy drużynowy pomysł na rozegranie spotkania finałowego.
Roberto Massimo – największe zaskoczenie w zestawieniu słowackiego trenera – dawał impuls w przedniej formacji i szukał sobie przestrzeni, współpracując z Sondre Lisethem. Niemiec wykorzystał swój moment w polu karnym, gdy Erik Janža dopieścił dośrodkowanie na głowę 25-letniego zawodnika. Jonatan Braut Brunes i Jean Carlos Silva zdrzemnęli się przy kryciu bliższego słupka, a Oliwier Zych nie zdążył z interwencją.
Górnik Zabrze był bardzo dobrze zdyscyplinowany i zorganizowany, a próby Rakowa Częstochowa nie sprawiały żadnych problemów obronie triumfatora rozgrywek. Marcel Łubik nie został ani razu zmuszony do interwencji przez pierwsze 45 minut.
Dla takich chwil wróciłeś do Górnika @Podolski10 ❤️ pic.twitter.com/x42FUIqL64
— Górnik Zabrze (@GornikZabrzeSSA) May 2, 2026
Kontrola do samego końca
Górnik Zabrze wszedł bardzo dobrze w drugą połowę. Piłkarze 44-letniego trenera wygrali rywalizację w środkowej strefie i przerzucili grę na połowę uczestnika Ligi Konferencji. Agresja i zaangażowanie wrzucała się w oczy od samego początku spotkania, lecz w drugiej odsłonie wyczuwaliśmy wyjątkowo te cechy ambicjonalne. Podopieczni słowackiego szkoleniowca byli bardziej zdecydowani i ubiegali w walce o piłkę swoich rywali. Zabrzanie zdobyli drugiego gola dzięki ułożonym w głowach emocjom, chęciami i zaciętościom w tym finale. Raków Częstochowa dostał chwilę wcześniej sygnał ostrzegawczy, lecz Jarosław Kubicki podawał zamiast strzelać, gdy był w polu karnym. Maksym Chłań wykorzystał błąd „Medalików” i przypieczętował dobry fragment gry swojego zespołu.
Górnik Zabrze mógł spodziewać się kłopotów wiedząc ile jakości ma na ławce rezerwowych ich rywal. Faktycznie ożywiła się ekipa medalików po wejściu Lamina Diaby-Fadigi, który próbował kręcić rywalami i stwarzać zagrożenie. Jednak te próby miały miejsce już przy stanie 2:0, kiedy rozstrzygnięcie wydawało się już oczywiste. Dopiero w 75.minucie obejrzeliśmy pierwszy celny strzał w kierunku Marcela Łubika, a jego autorem był Marko Bulat. Młody bramkarz obronił ze spokojem uderzenie zza pola karnego.
Wykonana praca domowa
Górnik Zabrze wykonał solidnie swoją pracę domową przed ostatecznym starciem o triumf w Pucharze Polski. Zabrzanie wypunktowali wszystkie walory swojego rywala przy czym nie zatracili swojego DNA. Michal Gašparik nie rozegrał tego meczu na przetrwanie, lecz na koneserską wygraną. Nie było momentu, w którym szkoleniowiec mógł czuć niepokój, gdy oglądał ten mecz. Jak przyznał Patrik Hellebrand ten rzut rożny, który dał prowadzenie, był przygotowany. W drugiej połowie powtórzyli ten sam wariant piłkarze słowackiego trenera, ale tym razem piłka poszybowała niżej i Raków Częstochowa nie dopuścił do zagrożenia.
Genialnie zestawił swój zespół 44-letni szkoleniowiec po prawie stronie, chcąc zabezpieczyć tę strefę boiska. Ivi López i Jean Carlos Silva nie mieli chwili wytchnienia, a długie piłki nie przynosiły wymiernych efektów. To zasługa czeskiego duetu – Michala Sáčka i Lukasa Sadílka. Niejednokrotnie środkowy pomocnik asekurował swojego partnera, a ten wchodził w jego rolę. Czesi idealnie radzili sobie z próbami ofensywnymi zespołu Łukasza Tomczyka. To co wychodziło wzorowo w zespole Górnika Zabrze zaszwankowało w ekipie „Medalików”. Maksym Chłań dopadł do piłki po niedokładnym długim zagraniu swojego kolegi. Zabrakło asekuracji i odpowiedniej komunikacji i główka Frana Tudora stała się asystą dla ukraińskiego skrzydłowego.

Pomysł i zmiany
Górnik Zabrze atakował kompaktowo swojego rywala, a sklejał wszystko swoimi zachowaniami Patrik Hellebrand. Czech odebrał w pełni zasłużenie nagrodę dla najlepszego zawodnika finału Pucharu Polski. Reprezentant kraju poruszał się wszędzie i pomagał swoim kolegom w konstrukcji i destrukcji akcji. On zlepiał całą ekipę, która walecznie wyrwała trofeum. Łukasz Tomczyk nie miał na placu gry takiego lidera, na którym jego podopieczni mogliby oprzeć swoją grę. Środkowa strefę zdominowali „Trójkolorowi”.
Tylko Lamine Diaby-Fadiga wniosł coś błyskotliwego na murawę PGE Narodowego w ataku „Medalików”. Pojawili się Adriano Amorim i Michael Ameyaw, lecz oni nie rozbujali boków Rakowa Częstochowa. Jednak nie możemy zrzucać wszystkiego na tę dwójkę, ponieważ koledzy nie dali im zbyt wiele okazji na pokazanie swoich walorów ofensywnych. Brakło postaci, która wzięłaby na siebie odpowiedzialność i pokierowała gra zespołu 37-letniego trenera. Jonatan Braut Brunes i Leonardo Rocha – dwójka wysokich napastników nie żywiła się podaniami lub dośrodkowaniami, gdyż ich nie było. Finaliści Pucharu Polski nie wykorzystali potencjału, który czekał na odpowiedni serwis.
Obrazki, które mówią więcej niż tysiąc słów
Lukas Podolski wszedł na boisko i spuentował ten finał. Gracz Górnika Zabrze pojawił się na ostatnie minuty tego spektaklu i wyraził ile znaczył ten mecz dla wszystkich ludzi związanych z klubem z Zabrza. Niemal 41-letni piłkarz biegał w każdej możliwej okazji do pressingu oraz skakał do każdego pojedynku główkowego. Nawet spróbował dwukrotnie oddać strzał, lecz jego próby były blokowane. „Poldi” został brutalnie potraktowany przez norweskiego snajpera Rakowa Częstochowa. On nie kłócił się i nie wpadł w bójkę między piłkarzami, lecz rozdysponował swoimi kolegami. Zarządzał drużyną i chciał, aby Górnik Zabrze skupił się tylko i wyłącznie na dowiezieniu triumfu.

Zabrzańska „Torcida” oddała serce za swój klub nie po raz pierwszy i na pewno nie po raz ostatni. Wybrzmiewał głośno i wyraziście doping, który dodawał skrzydeł piłkarzom na boisku. Ich radość i stworzona atmosfera pozostaną na bardzo długo w naszej pamięci. Ten triumf jest nagrodą dla całej społeczności klubu z Zabrza. Świadczy o tym piękne zachowanie zawodników, którzy podnieśli Puchar Polski razem z legendą klubu – Stanisławem Oślizło.
