Mecz Górnik Zabrze – Legia Warszawa zachęcił każdego kibica PKO BP Ekstraklasy, aby zainteresował się tą rywalizacją. Wicemistrz Polski przyjął przy ulicy Roosevelta 81 drużynę Marka Papszuna. Wszyscy czuliśmy, że będzie to starcie wagi ciężkiej. Dwa rewelacyjnie poukładane zespoły oraz dwaj szkoleniowcy, którzy potrafią wykombinować coś stricte pod swojego rywala. Finalnie nie poznaliśmy lepszego w tej rywalizacji i opuszczamy Zabrze z wynikiem 0:0.
Liczby, które rozbudzały apetyt
Górnik Zabrze zatrzymał się w rozgrywkach ligowych, ponieważ remisował w dwóch ostatnich konfrontacjach. Piłkarze Michala Gasparika rozegrali 120 minut i dopiero po rzutach karnych przebrnęli do kolejnej fazy Pucharu Polski. Jednak statystyki wicemistrza kraju nakazywały czekać na potyczkę z Legią Warszawa. W trzech poprzednich meczach PKO BP Ekstraklasy Zabrzanie notowali ponad 2 gole oczekiwane (xG) na spotkanie. Wicelider tabeli oddał 51 strzałów w starciach z Piastem Gliwice i Widzewem Łódź. 14-krotny mistrz Polski wygrał w siedmiu z ostatnich dziesięciu meczów przed własną publicznością. Obrona Górnika Zabrze stanowi piekielnie trudną do przejścia zaporę, ponieważ bramkarz wyciągał piłkę z siatki tylko cztery razy w ostatnich siedmiu meczach. Rywale oddali tylko 40 strzałów celnych na bramkę podopiecznych słowackiego trenera. Nikt nie może pochwalić się taką statystyką w tej rubryce.
Po drugiej stronie boiska oczekiwaliśmy Legii Warszawy. Drużyna, która nie błyszczy i nie jest spektakularna, ale punktuje i strzela. Goście wpisywali się na listę strzelców w każdym z ostatnich 16 spotkań. Ekipa Marka Papszuna nie przegrała od ośmiu rywalizacji na wyjeździe. Tylko legioniści pokonywali bramkarzy w każdej kolejce tego sezonu. Czwarty zespół PKO BP Ekstraklasy wygrywał z Górnikiem Zabrze aż 60 razy i nikt nie dokonał tej sztuki częściej. Rzut z autu oraz uderzenia głową są wyraźnym argumentem na rzecz 15-krotnych mistrzów Polski, bo nikt nie jest w tych elementach tak skuteczny jak podopieczni Marka Papszuna. Łukasz Zjawiński lideruje pod względem liczby goli strzelonych tą częścią ciała. Legia Warszawa ustawia sobie mecze w pierwszych połowach. Polski szkoleniowiec prowadzi drużynę, która strzela najwięcej do 30. minuty. Ten fakt przekłada się na wynik, ponieważ goście nie przegrywali do przerwy w 15 z ostatnich 16 meczów.
Szachowa maestria
Górnik Zabrze nie szalał od pierwszych minut, jeśli chodzi o wirtuozerię na murawie. Jednak poruszanie się gospodarzy wzbudzało podziw dla słowackiego szkoleniowca. Zabrzanie płynnie zmieniali ustawienie z 1-5-4-1 w obronie na 1-3-4-3 w ataku. Zmiana formacji powodowała zmianę ról i miejsc na murawie poszczególnych zawodników. Peter Federico przesuwał się z prawego wahadłowego na pozycję ofensywnego pomocnika. Paulo Bernardo poruszał się jako środkowy pomocnik, który wchodził w linię obrony, i jako centralny stoper rozprowadzał ataki. Jarosław Kubicki starał się wypełniać przestrzeń napastnika i wbiegać w drugie tempo w linię defensywną Legii Warszawa.
Legia Warszawa była blada i bezbarwna na tle swojego rywala. Piłkarze w zielonych koszulkach nie potrafili kontrować ataków i poradzić sobie z organizacją gry, jaką zaproponował Górnik Zabrze. Największym plusem pierwszej odsłony była postawa Łukasza Zjawińskiego. Napastnik wywalczał faule, które pozwalały gościom podczepić się pod grę. Marek Papszun pokazywał swoim piłkarzom, aby zachowywali spokój. To był główny przekaz, jaki płynął od trenera przyjezdnych.
Jarosław Kubicki i Mateusz Szczepaniak mieli najlepsze okazje do otwarcia wyniku w tej partii szachów. Jednak piłka przelatywała obok słupków i schodziliśmy na przerwę z bezbramkowym remisem. Chociaż nie ujrzeliśmy choćby jednego celnego strzału, mogliśmy się zadowolić wydarzeniami przy ulicy Roosevelta 81.
Przechylić szalę na swoją stronę
Górnik Zabrze miał plan i konsekwentnie realizował wizję Michala Gasparika na ten mecz. Wicemistrz Polski był coraz bliżej celu przed przerwą, więc nie dziwił nas początek drugiej połowy. Legia Warszawa przeniosła ciężar gry na drugą stronę boiska. Ekipa Marka Papszuna próbowała przypomnieć o swoim pressingu i szybkich odbiorach. Legioniści uzyskali efekt tych ruchów, ponieważ Łukasz Zjawiński został obsłużony dośrodkowaniem. Jednak snajper nie skierował piłki w światło bramki.
Górnik Zabrze postępował świadomie i wyglądał na zespół, który celowo oddawał piłkę rywalowi. Słowacki trener tak poukładał swoich podopiecznych, aby byli czujni na przechwyt i wykorzystali nieliczne chwile na szybki atak. Zabrzanie tworzyli scenariusz przebiegu tej rywalizacji i to gospodarze kontrolowali wydarzenia na murawie. Ondrej Zmrzly puentował jedną z akcji uderzeniem, które trafiło w poprzeczkę.
Trenerzy próbowali, jak tylko potrafili, wspierać swoich piłkarzy. Wiele mówią zmiany, których dokonywali obydwaj szkoleniowcy. Michal Gasparik wpuścił m.in. Maksyma Khlania i Erika Prekopa. Marek Papszun reagował za sprawą Arkadiusza Recy i Vahana Bichakhchyana.
Górnik Zabrze grał ten mecz bardzo pragmatycznie i bał się zaryzykować. Im bliżej było końca tej rywalizacji, tym odważniejsze nastawienie ukazała Legia Warszawa. W 81. minucie Bogdan Viunnyk zmarnował bardzo dobrze zapowiadającą się kontrę, lecz Ukrainiec nie rozejrzał się za kolegami i kopnął w boczną siatkę.
Marcin Szczerbowicz doliczył aż dziesięć minut do czasu regulaminowego. Niestety, w dodatkowym czasie nie podziwialiśmy pierwszego celnego uderzenia. Philipp Schulze i Otto Hindrich zachowali czyste konta oraz nie zostali zmuszeni do ani jednej interwencji po strzale. 22 próby nie znalazły drogi w kierunku bramki.











