Po raz kolejny mieliśmy okazję do obejrzenia poniedziałkowego spotkania Primera Division. Tym razem władze ligi zdecydowały się na rozegranie w tym nietypowym terminie bardzo ciekawego meczu pomiędzy Valencią, a Getafe. Mimo nerwowej końcówki, górą byli gospodarze, dwa gole zdobył David Villa.
Getafe nie jest łatwym przeciwnikiem i z pewnością sztab szkoleniowy Valencii zdawał sobie z tego sprawę. Wszakże kilka miesięcy temu Madrytczycy udzielili surowej lekcji graczom z Turcji. Wygrali na własnym stadionie 3:1. Valencia potrzebowała punktów, przed spotkaniem strata do drugiego w tabeli Realu wynosiła już 13 oczek.
Żadna z drużyn nie wystąpiła w swoim najmocniejszym składzie. Usadzenie na ławce Juana Maty, który gra ostatnio bardzo źle, było dobrym, odważnym, ale też niespodziewanym ruchem ze strony trenera gospodarzy, Unaia Emerego. Na boisku zabrakło miejsca także dla Pablo Hernandeza. W wyjściowej jedenastce wybiegł za to „Chori” Dominguez. W drużynie prowadzonej przez Michela zabrakło Roberto Soldado, najlepszego strzelca zespołu, a także Jaime Gavilana, wychowanka i formalnie piłkarza Valencii, grającego w Madrycie na zasadzie wypożyczenia.
Mecz rozpoczął się od zdecydowanych ataków gospodarzy. Od razu stało się jasne, że forma „Choriego” jest wielka i sadzanie go na ławce było błędem. Argentyńczyk raz po raz posyłał świetne piłki, kilka razy strzelał. Wraz z Villą byli zdecydowanie najlepsi na boisku. Udowodnili to akcją, która dała „Los Ches” prowadzenie. David strzelał, podawał Alejandro. „El Guaje” powinien strzelić jeszcze co najmniej jedną bramkę, jednak cuda w bramce wyczyniał Jordi Codina. Wychowanej Realu Madryt w wielkim stylu bronił kolejnych strzały Valencii. Getafe miało jedną naprawdę dobrą sytuację bramkową, jednak napastnik gości przegrał z pewnością i doświadczeniem Cesara Sancheza.
Druga połowa zaczęła się tak samo. Duża przewaga „Los Ches”, kontry „Geta”. Kolejną bramkę zdobył „El Guaje”, wyprzedzając tym samym w klasyfikacji Pichichi asa „Barcy”, Leo Messiego. Hiszpan popisał się pięknym strzałem z boku pola karnego, ponad głową bezradnego Codiny. Piękną asystę zapisał na swoim koncie David Silva. Wydawało się, że nic nie może już pójść źle. Jednak piłkarze gospodarzy wyraźnie lubią nerwowe końcówki. Tym razem w roli winowajcy można obsadzić Alexisa. Jego druga żółta kartka, inna sprawa, że raczej przyznana niesłusznie, zmieniła przebieg spotkania. Początkowo gospodarze trzymali się dzielnie, mieli kilka sytuacji bramkowych, większość oczywiście była dziełem Villi. Jednak z czasem przewaga liczebna dała się we znaki Valencii. To Getafe prowadziło grę, miało kilka sytuacji bramkowych. Wreszcie przyniosło to efekt. Zamieszanie w polu karnym Valencii wykorzystał Manu, który pewnym strzałem, obok bezradnego Cesara, dał nadzieję na jakąkolwiek zdobycz punktową. Do końca spotkania został kwadrans, Trener Emery zdecydował się zdjąć „El Guaje”, na murawie pojawił się Mata. „Geta” bardzo chciało zdobyć wyrównującego gola, a jak powszechnie wiadomo, gdy się czegoś za bardzo chce, to nic z tego nie wychodzi. Paradoksalnie to Valencia miała znacznie lepsze sytuacje bramkowe, goście, poza okazję Kepy, grali bardzo niedokładnie. Mecz zrobił się bardzo brutalny, sędzia pokazał trzy żółte kartki w przeciągu kilku minut. Kibice na Estadio Mestalla odetchnęli z ulgą. Nie byli świadkami kolejnej „remontady” przyjezdnych. Mecz zakończył się wynikiem 2:1.










