Między kibicami piłkarskimi nasiliły się ostatnio, chyba bardziej niż wcześniej, dyskusje na temat wyższości którejś ligi nad innymi. Przez ostatnie lata argumentem, który odbierał lidze hiszpańskiej miano bezsprzecznego lidera, był duopol Realu i Barcelony, który czynił ją po prostu nudną. W sezonie 2013/2014 przełamała go druga drużyna z Madrytu – Atletico. Mimo że w obecnym sezonie na szczyt powróciły Real i Barcelona, przez wielu uważane za najlepsze na świecie, to daleki jestem od stwierdzenia, że ta liga jest nudna. Wszystko to za sprawą ubiegłorocznego mistrza oraz Valencii i Sevilli i ich walki o miejsca w tabeli premiowane grą w Lidze Mistrzów.
Cztery punkty. Tyle dzieliło przed trwającą obecnie kolejką trzecie w tabeli „Atleti” i piątą Sevillę. Minimalna różnica punktowa między wszystkimi trzema drużynami jest bardzo istotna. Ekipy, które na koniec sezonu zajmą trzecie i czwarte miejsce, wystąpią w kolejnej edycji Champions League. Te kilka, a może nawet jeden punkt, będą decydować o dziesiątkach milionów euro. Dziwna to sytuacja, kiedy na przestrzeni prawie roku drużyny prezentują niemal równą formę, a na koniec jedna z nich zostanie z niczym, bo tak w tym wypadku należy nazwać zdobycie prawa do gry w Lidze Europy. Taki jest jednak futbol i to jest w nim piękne. Jeden słabszy dzień na przestrzeni całego sezonu może decydować o być albo nie być.
Zacznijmy od Atletico. Drużyna Diego Simeone w poprzednim sezonie zachwyciła cały piłkarski świat. Wyprzedziła w lidze drużyny nie do wyprzedzenia i była o sekundy od sięgnięcia piłkarskiego szczytu – zdobycia Ligi Mistrzów. Zabawę czerwono-białej części Madrytu zepsuł w 94. minucie finału Sergio Ramos, ale i tak chłopcy Simeone zrobili dużo więcej, niż ktokolwiek od nich wymagał. Drużyna bez wielkich indywidualności, której siłą był kolektyw. Wysoki pressing, agresywna gra, zasada „jeden za wszystkich, wszyscy za jednego” to były klucze do sukcesu w poprzednim sezonie.
W obecnym, mimo odejścia do Chelsea najlepszego strzelca Diego Costy, lewego obrońcy Filipe Luisa oraz bramkarza Thibauta Cortouis, sposób gry „Los Rojiblancos” pozostaje niezmienny. I co najważniejsze, wciąż jest skuteczny. Atletico nie bez problemów, ale jednak, awansowało do ćwierćfinału Ligi Mistrzów po dwumeczu z Bayerem Leverkusen, zakończonym serią rzutów karnych. W lidze hiszpańskiej wciąż jest na trzecim miejscu; gdyby nie mała zadyszka w środku sezonu, do tej pory mogłoby liczyć się w walce o mistrzostwo.
Co jeszcze czeka Atletico w tym sezonie? Przede wszystkim ćwierćfinał Ligi Mistrzów, w którym „Los Rojiblancos” zmierzą się z Realem Madryt i będą chcieli zrewanżować się „Królewskim” za ubiegłoroczny finał. Jestem pewien, że biorąc pod uwagę fakt, jak dobrze gra się ostatnio „Atleti” z Realem, ten dwumecz jest priorytetem dla Cholo Simeone. Zrewanżować się za spotkanie finałowe, wygrać derby, awansować do półfinału i przy okazji wyrzucić odwiecznego rywala z Ligi Mistrzów? Tego piłkarze Atletico nie mogą odpuścić. Może to skutkować zmęczeniem w rozgrywkach ligowych lub większą liczbą zmian w składzie podczas spotkań ligowych. A tam na „Los Colchoneros” czekają: Deportivo, Villarreal, Athletic Bilbao, Levante, Barcelona i w ostatniej kolejce Granada.













