100 milionów euro. O tym, co można by kupić za taką kwotę, nie ma sensu pisać. Dokładnie tyle pieniędzy Polska pożyczyła Ukrainie kilka miesięcy temu. Powtórzę. Mówimy o sumie, którą jeden, całkiem spory europejski kraj, pożycza drugiemu, jeszcze większemu. Dokładnie tyle zapłacił też Real Madryt Tottenhamowi za transfer Garetha Bale’a. Taka kwota może ciążyć. Wielu kibiców „Królewskich” uważa, że Walijczyk nie radzi sobie z presją i dźwiganie tego ciężaru idzie mu bardzo opornie. Ba, część z nich nazywa go drewniakiem. Ale czy na pewno mają rację?
Sto milionów euro
Bale trafił do Madrytu w 2013 roku, jest więc to jego trzeci sezon w „królewskiej bieli”. Z jego transferem było sporo zamieszania. Najpierw oba kluby nie mogły przez długi czas dojść do porozumienia. Daniel Levy grał na zwłokę, wiedząc, że Florentino Perez jest zdeterminowany, by sprowadzić Walijczyka, czekał, aż oferta urośnie do odpowiednich rozmiarów. I urosła. Przez długi czas nie wiedzieliśmy jednak, jak duże rozmiary to były. To prawda, mówiło się o stu milionach euro, jednak niezbyt głośno. Wszak istniało ryzyko konfliktu z Cristiano Ronaldo, który przestałby być najdroższym piłkarzem w historii. Dziś jednak wiemy, że Real Madryt wydał na Garetha Bale’a sto milionów z groszami. Za co tak naprawdę zapłacili „Królewscy”?
Kontuzje, kontuzje, kontuzje
Obraz gry byłego piłkarza Tottenhamu z pewnością zamazują częste urazy, które nękają Walijczyka. Scenariusz jest mniej więcej taki: Bale gra, strzela, asystuje. Bale doznaje kontuzji. Bale wraca do treningów, Bale wraca do gry, strzela… I tak w kółko. Od trzech lat. W pierwszym sezonie w Madrycie Gareth opuścił 14 spotkań, z czego aż 12 przez kontuzję. Kolejna temporada – 2014/2015 – to najlepszy dla Walijczyka sezon pod względem liczby występów, opuścił bowiem „tylko” 11 z nich. W obecnie trwającej kampanii Bale jest zmuszony odpoczywać najwięcej. Do tej pory nie wystąpił w 20 spotkaniach Realu w sezonie 2015/2016. Tylko jedna z nich nie była spowodowana urazem. Zdarzały się sytuacje, jak na przykład na przełomie września i października, gdy Walijczyk doznawał kontuzji, wracał, jednak po dwóch meczach uraz się odnawiał. Real był niecierpliwy. Nie po to płaci się sto milionów euro za piłkarza. On ma grać, a nie siedzieć w gabinetach lekarskich. To prowadziło do takich sytuacji. Teraz jednak wszystko wygląda inaczej, Bale wraca do gry, gdy na sto procent wiadomo, że jest do niej gotowy.

Jak spłacić 100 milionów euro
45 spotkań. Tyle okazji do spłacania tej kwoty przeszło Gerethowi Bale’owi koło nosa. Pozostałe jednak Walijczyk wykorzystuje z nawiązką. Wspomnijmy chociażby jego pierwszy sezon na Bernabeu, w trakcie którego walnie przyczynił się do zdobycia dwóch trofeów – Pucharu Króla i upragnionej Decimy. Finał Copa del Rey sezonu 2013/2014. FC Barcelona – Real Madryt. 85. minuta. Remis 1:1. Bale otrzymuje piłkę na lewej stronie i po długim sprincie ośmiesza Marca Bartre, dając w konsekwencji prowadzenie „Los Merengues”. Prowadzenie, którego już nie oddali. Dzięki tej bramce Real pokonał odwiecznego rywala i zdobył Puchar Króla. Miesiąc później spotkanie z innym wielkim rywalem – Atletico. Stawka? Puchar Ligi Mistrzów. „Królewscy” przegrywają, Sergio Ramos daje nadzieję w ostatnich chwilach. Jednak to Gareth Bale, już w dogrywce, wyprowadza swój klub na prowadzenie, dając energetycznego kopa. Mecz kończy się wynikiem 4:1 i Real sięga po wyczekiwany dziesiąty triumf w Lidze Mistrzów. Tamtą kampanię Walijczyk zakończył z 22 golami i 19 asystami w 44 spotkaniach. Sezon 2014/2015 był słabszy zarówno dla Realu, jak i dla naszego bohatera. „Los Blancos” zdobyli Superpuchar Europy oraz klubowe mistrzostwo świata (Bale strzelał gole w półfinale i finale tych rozgrywek). Były gracz Tottenhamu zakończył tamtą temporadę z wynikiem 17 i 12 goli w 47 meczach. Wynik solidny, niepowalający jednak na kolana.













