Nie, to nie będzie tekst o bohaterze memów i dawnym prezydencie, ani nawet o pewnym sympatycznym skrzydłowym, który szykuje się do wyjazdu do Francji na Euro. Bo człowiek to naprawdę nie wielbłąd, a nawadnianie to wcale nie błahostka.

Woda to podstawa życia. Ktoś pewnie powie, że to nieprawda, bo podstawą życia jest tlen, ale to dopiero jest bzdura. Znamy tysiące gatunków mikroorganizmów, dla których gaz o chemicznym wzorze O2 jest śmiertelną trucizną. Ani jeden zaś nie przeżyje bez słynnego monotlenku diwodoru, którym straszą uliczni ankieterzy w hitach internetu. Skoro nawet bakteria nie jest w stanie funkcjonować bez wody, co dopiero tak wielki i złożony organizm jak człowiek?
Kończąc wywód, gdzie tu jest miejsce na piłkę? Pierwszą rzeczą, na jaką natknąłem się poszukując dobrego tematu do dzisiejszego odcinka „Futbolatorium” był artykuł naukowy grupy badawczej z uniwersytetu w Santiago de Chile, która przeprowadziła eksperyment dotyczący stanu nawodnienia 156 piłkarzy tamtejszej Campeonato Nacional, czyli odpowiednika naszej ekstraklasy. Co ważne, naukowcy nie badali zawodników po meczu, w jego trakcie czy np. po rozruchu – ciekawiło ich, czy tamtejsi futboliści mają dobre nawyki na co dzień, badano ich więc tuż przed rozpoczęciem jednostki treningowej.

Wynik? PRZERAŻAJĄCY! Zaledwie trzech (słownie: trzech!) zbadanych piłkarzy przystąpiło do treningu w takim stanie, w którym dopuściłby ich do wysiłku każdy lekarz czy fizjolog. Stu pięćdziesięciu trzech profesjonalnych piłkarzy z ligi mocniejszej niż polska, w dodatku w klimacie znacznie bardziej wymagającym od umiarkowanego nie nadawała się do rozpoczęcia zajęć z piłką. Co na to wpłynęło? Jakie mogą być skutki odwodnienia? Te długofalowe i te natychmiastowe, teoretycznie najgroźniejsze?
Zaczynając od drugiego pytania, utrata zaledwie dwóch procent wody z organizmu powoduje natychmiastową reakcję, która powoduje, że człowiek traci wszelkie chęci do życia. Suchość w ustach, silny ból głowy, potworne osłabienie z omdleniami włącznie, przyśpieszone bicie serca i oddech (to drugie tylko pogłębia zły stan, przyśpiesza utratę wody i zmienia pH krwi), podwyższona temperatura ciała i przede wszystkim nieodparta chęć uzupełnienia płynów. Te dwa procent, o których mówimy, to zaledwie półtora litra, więc wcale nie wiele. Dalszy ubytek kończy się śpiączką i może doprowadzić do śmierci. Ale to już przypadek skrajny, wróćmy więc do piłkarzy.

Odwodnienie na mniejszym poziomie, rzędu 1% ubytku wody, nie niesie za sobą widocznych objawów w samym momencie jego wystąpienia. Ale to w żadnym wypadku nie oznacza, że człowiek w jego wyniku nie ponosi uszczerbku na zdrowiu. Pierwsza sprawa to niższa dostępność elektrolitów. Niby ich poziom nie jest krytycznie mały, niemniej profesjonalny sportowiec może odczuć negatywnie zbyt mało sodu w organizmie (spadek ciśnienia krwi, szybkie zmęczenie, przejściowe kłopoty z sercem). Odwodnienie to także niższy poziom glukozy, bo przy zdrowo działającej trzustce mniej cukru będzie pływać we krwi. To zaś skutkuje o wiele szybszym męczeniem się przez zawodnika, co z kolei negatywnie rzutuje na efekty treningu – albo będzie on krótszy, albo zawodnik podświadomie będzie „pozorował” pracę treningową. Może się więc okazać, że mimo najszczerszych chęci piłkarz nie będzie czynił postępów, a skoro cała drużyna jest odwodniona, to i wyniki się pogorszą. Poleci trener, a tak naprawdę będzie Bogu ducha winny. Cały świat kręci się wokół wody.
Czy Chilijczycy to czarna owca wśród narodów? Czy powinniśmy wierzyć, że u nas wygląda to inaczej? Z jednej strony klimat, jaki panuje w Ameryce Południowej mógł przyczynić się do odwodnienia piłkarzy. Z drugiej strony obniżenie poziomu wody w organizmie nie jest powodowane wyłącznie przez temperaturę. Za dużo soli w diecie, ale też dieta niskosolna. Spożywanie alkoholu i to wcale nie w dużych ilościach (nic tak nie odwadnia jak wino i piwo), zbyt wiele kofeiny w postaci kawy, napojów energetycznych czy mocnej herbaty. W dodatku teraz, w erze nowoczesnych diet, wbrew pozorom o wiele łatwiej jest się odwodnić: za dużo białka, tłuszczu lub nawet błonnika. To wszystko negatywnie wpływa na poziom najważniejszego biologicznie rozpuszczalnika. Co istotne, szybkie uzupełnienie wody po treningu nie będzie miało znaczenia – przez ten czas ustrój człowieka zdąży zaburzyć się konkretnie.

Jak więc rozwiązać problem odwodnienia u piłkarzy? Bardzo prozaicznie – każdy powinien być zobligowany do wypicia na pół godziny przed rozpoczęciem treningu butelki wody mineralnej, zawierającej odpowiednio dużo sodu i magnezu. Tylko tyle i aż tyle. Jeśli chodzi o piłkarzy-amatorów, wytyczne powinny być takie same – zawsze to bezpieczniej. Dla leniwych lub obawiających się, że to nie wystarczy jest jeszcze jedna propozycja: kreatyna. Podstawa suplementacji każdego kulturysty. Relatywnie tani aminokwas, który ma jedną bardzo ciekawą właściwość – delikatnie zatrzymuje wodę w organizmie, nie powodując przy tym dużego wzrostu ciśnienia krwi. Badania uczonych z Brazylii dowiodły, że tydzień stosowania kreatyny u piłkarzy powoduje, że poziom wody w ich organizmach podnosił się o niemal dwa litry i utrzymywał się przez cały czas jej stosowania. Mając na uwadze, że kreatyna ogólnie poprawia wydolność, w dodatku jest w pełni legalna i akceptowana przez środowisko sportowe, powinna ona stać się jednym z podstawowych elementów suplementacji diety przez piłkarzy. Choć przy tak wielkim wysiłku, jaki spotyka profesjonalistów w czasie 90 minut gry, te dwa litry dodatkowej wody to i tak zaledwie kropla w morzu ich zapotrzebowania.
Poprzedni odcinek „Futbolatorium” poświęcony był problemowi ALS wśród piłkarzy.