Inter Mediolan i AC Milan – coś mi to przypomina. Ano tak, to przecież trzy najbardziej utytułowane kluby we Włoszech. Trzy? Przecież wymieniłem dwa. A, właśnie, zapomniałem o Juventusie. W sumie to nic dziwnego, bo obecnie turyńczyków do tej grupy raczej się nie zalicza.
Juventus Turyn od zawsze znajdował się w gronie tych najlepszych we Włoszech. Często, a nawet bardzo często, udawało mu się ukończyć Serie A na pierwszym miejscu w tabeli. W sumie, gdyby było inaczej, do elitarnego grona raczej by się nie zaliczał. Tych triumfów było sporo, bo w historii klubu z Piemontu można się ich doliczyć aż 27, nie wspominając o 20 drugich miejscach. Choć z tymi triumfami w lidze, to bym aż tak nie przesadzał. Tak naprawdę było ich 29. To chyba rekord wszech czasów. Och przepraszam, więcej tytułów mają przecież Celtic i Rangers. Tych mistrzostw pewnie byłoby znacznie więcej. Jednak coś w tej maszynce do wygrywania pękło.
Żeby cokolwiek wygrać, trzeba się naprawdę napracować. Zdecydowanie wiedzą o tym sportowcy, którzy na obiektach treningowych wylewają z siebie hektolitry potu, by coś osiągnąć na własnym podwórku, ale również za granicą. Piłkarze turyńskiej „Starej Damy” oraz ich trenerzy doskonale o tym wiedzieli. Szkoda tylko, że to nie oni odgrywali w tym wszystkim główną rolę. Tak naprawdę ich wysiłki zdałyby się na nic, gdyby nie jeszcze większa praca pewnego pana w białym kołnierzyku (bynajmniej nie chodzi tu o Fabio Capello). Mowa tu oczywiście o Luciano Moggim. Zanim zawodnicy wybiegli na boisko, nie musieli obawiać się o wynik meczu. No cóż, trudno bać się o coś, co już jest znane. Tak naprawdę w teamie „Bianconerich” treningi nie były po to, żeby piłkarze wytrzymali trudny sezon, lecz by nie zbłaźnili się przed kibicami. W końcu jakby to wyglądało, gdyby Moggi powiedział 2:1, a ci musieliby liczyć na przeciwników, by łaskawie pozwolili sobie strzelić dwie bramki lub poratować rywali samobójami.
Ktoś kiedyś powiedział, że wszystko co dobre, szybko się kończy. Szkoda, bo wakacje wtedy byłyby dłuższe. Juventus miał jednak nieco większy problem. Pan w białym kołnierzyku przestał działać incognito. Pech chciał, że władze ligi się o nim dowiedziały. Tu był problem, bo te wolałyby, żeby wyniki meczów były osiągane legalnie. A nie były? W końcu Moggi kupował te wszystkie starcia bardzo legalnie, by jeszcze bardziej legalnie móc zarobić na nich w zakładach bukmacherskich. Szkoda, że szefostwo w to nie uwierzyło (przecież pan w białym kołnierzyku chyba miał na te transakcje jakieś faktury). Trzeba więc było wymierzyć jakąś sprawiedliwości. Juventus relegowano do Serie B i przyznano 30 (czytaj dziewięć) ujemnych punktów. No cóż, „Starej Damie” dano karę niebędącą karą (pewnie Moggi to załatwił).
Początkowo szło jak z płatka. Juventus się starał. Wygrzebał się jakoś z Serie B. Zresztą trudno byłoby się nie wygrzebać z tego braku przeciwników. Jakby było mało, w cuglach udało się zdobyć wicemistrzostwo Włoch. Szefostwo klubu z Piemontu tak rozpierała pewność siebie, że tym razem miała być pierwsza od trzech lat detronizacja Interu. Trzeba przyznać, że „Stara Dama” swoje założenia realizuje z żelazną konsekwencją. Piłkarze Juventusu robią wszystko, by zostać najlepszą drużyną wśród tych, które nie osiągną niczego. A co? Przecież będą w czymś najlepsi.










