Co jest jednym z największych marzeń każdego piłkarza grającego w Europie? To chyba jasne, że Liga Mistrzów. Dla niektórych cenniejsza jest nawet od mistrzostw świata. Co roku 32 najlepsze futbolowe ekipy Europy stają do walki o to trofeum. Niektórzy, by odnieść sukces, stosują nie do końca sportowe metody.
Liga Mistrzów to zdecydowanie najbardziej prestiżowe klubowe rozgrywki w całej Europie. Ich historia sięga już ponad 50 lat. Najsłynniejszym klubem, który ją wygrał, jest Real Madryt. „Królewscy” na stadionie imienia Santiago Bernabeu swego czasu się postarali i zwyciężyli pięciokrotnie z rzędu i dziewięciokrotnie w ogóle. Bycie rekordzistami tak bardzo im się spodobało, że obecnie chcą ustanowić kolejny – mają zamiar dać się wyeliminować w 1/8 finału jak najwięcej razy z rzędu, pozwalając pokonać się coraz to słabszym rywalom, jak Olympique Lyon przed miesiącem. Skoro „Los Galacticos” są tak hojni w rozdawaniu awansów, to może za rok pozwolą wyeliminować się Wiśle Kraków (w końcu Kasperczak wrócił, nie?).
Wśród zwycięzców Ligi Mistrzów mamy zestawienie praktycznie wszystkich najlepszych klubów Europy, nawet Nottigham Forrest (League Championship lub jeszcze niżej). Brakuje tam jednak paru fajnych drużyn ze Wschodu. Co jak co, ale CSKA Moskwa, Spartak Moskwa, Zenit Sankt Petersburg czy Rubin Kazań zasługują na wejście do tak elitarnego grona. Niestety im jakoś nie wyszło: trawa była za bardzo zielona, a rywali aż jedenastu, podczas gdy piłkarzy z Rosji tylko jedenastu. Póki Puchar Europy był niedostępny, gracze z byłego ZSRR upodobali sobie inne, mniej ciekawe trofea, na przykład Puchar UEFA. No cóż, na stadionach słabszych przeciwników nie było aż tak intensywnie zielonej murawy, co nie przeszkadzało w odnoszeniu w nim zwycięstw. Udało się to CSKA Moskwa, a po przerwie na Sevillę Zenitowi Sankt Petersburg i Szachtarowi Donieck. Szczególnie chwalono się wygraną teamu z północnej stolicy. Lecz oni triumfowali nie tyle pracą, co sposobem.
Wszyscy pamiętamy, jak zawodnicy z byłej stolicy Rosji przechodzili przez kolejne etapy drabinki pucharowej w mniej prestiżowych rozgrywkach europejskich. Wśród ich przeciwników znalazły się między innymi znane firmy ze Starego Kontynentu: Olympique Marsylia, Bayer Leverkusen czy Bayern Monachium. Ówcześni gracze Dicka Advocaata dostali kopa. Finał z „Rangersami” był w sumie tylko formalnością. A nie? Przecież jak można nie wygrać z palcem w nosie jedynej konkurencji, w której się startuje? Podczas gdy taki Bayern poza Pucharem UEFA miał jeszcze ligę i Puchar Niemiec, petersburczycy rywalizowali tylko na arenie międzynarodowej. Czy jest w tym coś dziwnego? Absolutnie nie! W końcu jak tu nie dogodzić klubowi, który jest oczkiem w głowie prezydenta Federacji Rosyjskiej, a i pewnie jeszcze premier tego kraju z nim sympatyzuje. Dla obu panów wyraźnie się postarano, by ich drużyna odniosła sukces, także ze względów finansowych (zapewne nie tylko na transfery).
Czasem bywa tak, że zmianie miejsca towarzyszy zmiana poglądów, a pewnie też zmiana sympatii. Popularne jest to wśród polskich polityków, którzy co chwilę reprezentują inne poglądy, należąc do innych partii. Przeprowadzka na Kreml wyraźnie posłużyła CSKA Moskwa. Wygląda na to, że prezydent Rosji zaczął z nim sympatyzować. Dowód? Powtórka z Zenitu. Tak się składa, że akurat „Wojskowi” potrzebowali pomocy. Niedługo ciężki mecz z Interem, a tu po drodze starcie z drugimi wicemistrzami kraju. Chcecie? Nie ma problemu. Przełóżcie sobie mecze, na kiedy chcecie. W końcu cel uświęca środki. Prezydent w sumie mógłby być bardziej hojny. Po co przekładać starcie z Zenitem. Trzeba było od razu dać im w prezencie trzy punkty. Niestety etykieta obowiązuje (oficjalnie).










