Kilka miesięcy temu, gdy wielki Raul po raz ostatni wychodził z szatni Realu Madryt na Santiago Bernabeu, wszyscy zadawali sobie pytanie, czy Cristiano Ronaldo naprawdę jest godzien nosić na swoim piłkarskim trykocie numer siedem. Nic dziwnego, bycie madryckim „El Siete” to wielki honor i wielka odpowiedzialność. Zapraszam na krótki spacer po historii największego klubu ostatniego stulecia.
Nasz „Napoleon futbolu”
Nasz, bo jego rodzice byli Polakami, Napoleon, bo nie dość, że Francuz, to jeszcze wybitny. Raymond Kopa dał początek wspaniałemu łańcuchowi madryckich „siódemek”, chociaż sam pewnie nie zdawał sobie z tego sprawy. Prawoskrzydłowy robił takie zamieszanie przy linii bocznej, że rywale często zapominali o środku boiska. A tam czyhał już największy z największych – Alfredo Di Stefano. Pomagali mu Rial i Del Sol. Co rusz pojawiał się jeden z najlepszych lewych pomocników w historii, Paco Gento. Raymond nie był postacią kryształową, klub opuścił, mimo wspaniałych ofert finansowych – podobno bał się rywalizacji z Puskasem. Jedno jest pewne, zapisał się złotymi głoskami w historii madryckiego futbolu i jego nazwisko nigdy nie zostanie w Madrycie zapomniane.
Kibiców zainteresowanych dokładną biografią Kopy, a takich pewnie nie brakuje, odsyłam do tekstu poświęconego w całości „Napoleonowi Futbolu”

Grzeczna „Czarownica”
Kolejna „siódemka”, mniej znana na świecie, ale w Madrycie czczona w sposób graniczący z fanatyzmem, to Amancio Amaro. Galisyjczyk, wychowanek Deportivo La Coruna trafił do Realu w 1962 roku i pozostał w nim przez czternaście lat. Zdobył dziewięć tytułów ligowych, w tym sześć z rzędu, triumfował w Pucharze Europy, dwukrotnie był najlepszym strzelcem ligi. Wspaniała kariera wspaniałego zawodnika była kompletna. Wygrał wszystko w piłce klubowej, z reprezentacją zdobył tytuł mistrza Europy. Jednak żeby zasłużyć na szacunek madridistas nie wystarczy zdobywać tytuły – do tego kibice „Królewskich” są przyzwyczajeni. Trzeba podążać ścieżką wytyczoną przez Don Santiago Bernabeu, być przede wszystkim dobrym człowiekiem. Jakikolwiek wybryk natury obyczajowej spotykał się z ostrą krytyką, jakikolwiek przypadek rażącego naruszenia czy to prawa, czy zasad moralnych był równoznaczny z zakończeniem przygody z Madrytem. Amancio Amaro i jego życie były niemal jak spełnienie marzeń wielkiego prezydenta. To wtedy w świadomości kibiców utarł się schemat myślenia każący uważać piłkarza z numerem „7” za jednostkę wybitną.
Życie lubi niespodzianki i sympatyczne zbiegi okoliczności. Amancio był trenerem, który odkrył w blondwłosym snajperze rezerw Realu wielkiego gracza. Odkrył przyszłą „siódemkę”, odkrył Emilio Butragueno.












