Futbol jest wielki: Ernest Wilimowski


Pytanie, kto był najlepszym polskim piłkarzem, większości z nas nie nastręcza trudności. Większość odpowiedziałaby: Deyna. Znalazłoby się kilkunastu admiratorów talentu Bońka, Lubańskiego czy Laty. Jest jednak pewna postać, która jak nikt inny zasługuje na miejsce w tym wybitnym gronie. Mało tego, zaryzykowałbym stwierdzenie, że bohater niniejszego artykułu piłkarskimi umiejętnościami bił wyżej wymienionych na głowę.


Udostępnij na Udostępnij na

Ślązak

Ernest Otton Wilimowski, bo o nim mowa, urodził się 23 czerwca 1916 roku w Katowicach, które wtedy należały do II Rzeszy Niemieckiej. Jego losy są równie zawiłe, jak losy jego małej ojczyzny – Śląska – który przez wieki, leżąc na pograniczu polsko-czesko-niemieckim, nabierał cech kulturowych i etnicznych charakterystycznych dla każdej z wymienionych nacji. Do trzynastego roku życia Ernest nosił nazwisko Prandella, po swoim ojcu, żołnierzu Cesarstwa Niemieckiego. Zginął on jednak podczas I wojny światowej, zaś jego żona powtórnie wyszła za mąż. Mężczyzna nazywał się Wilimowski i właśnie nazwiskiem ojczyma do końca życia posługiwał się Ernest. Porozumiewał się głównie w języku niemieckim, niekiedy używając śląskiej gwary. Sam o sobie mówił, że jest „Górnoślązakiem”, co ucina spekulacje czy czuł się bardziej Polakiem, czy Niemcem.

Złoty dzieciak

Jednak to, kim był, jest mniej ważne od tego, co osiągnął. Swoją przygodę z piłką „Ezi” rozpoczynał w zespole 1. FC Kattowitz. Z pozoru nie odznaczał się niczym poza wątpliwą, można by rzec, urodą – rude, nieciekawie ostrzyżone włosy, odstające uszy, krzywe nogi i niewielki wzrost. Działaczy Ruchu Hajduki Wielkie, późniejszego Ruchu Chorzów, bardziej od wyglądu interesowało jednak, co młodzian potrafi zrobić z piłką. A potrafił tak wiele, że siedemnastolatka natychmiast ściągnięto, za kwotę tysiąca złotych, do zespołu mistrza Polski roku 1933.

„Ezi” w akcji
„Ezi” w akcji (fot. wikipedia.org)

W pierwszym meczu sezonu 1934, Ruch mierzył się z wicemistrzem roku wcześniejszego – Cracovią. Młodziutki Wilimowski zagrał od pierwszej minuty i zaliczył dwie asysty. A to był dopiero początek. W całym sezonie „Ezi” zdobył aż 33 bramki, do końca rywalizując o koronę króla strzelców z starszym kolegą z zespołu, Teodorem Peterkiem. Ostatecznie Wilimowski wyprzedził go o pięć trafień, zaś Ruch obronił mistrzostwo już na miesiąc przed końcem rozgrywek.
W tym samym roku Ślązak – na nieco ponad miesiąc, przed osiągnięciem pełnoletniości – zadebiutował w reprezentacji Polski. Miało to miejsce 21 maja w Kopenhadze, w przegranym 2:4 meczu z Danią. Nigdy wcześniej i długo później, nie mieliśmy tak młodego reprezentanta.
W kolejnych trzech spotkaniach w roku 1934 – ze Szwecją, Jugosławią i Niemcami – Wilimowski już wpisywał się na listę strzelców.

Rok 1935 był dla zawodnika stracony ze wzglądu na kontuzję. „Ezi” w barwach Ruchu zagrał jedynie siedem razy, co nie przeszkodziło drużynie z Chorzowa, po raz trzeci z rzędu, zdobyć mistrzostwo. Nie wystąpił również w reprezentacji Polski, z którą zresztą rozbrat trwał także w roku następnym. Dlaczego?

Geniusz futbolu, wirtuoz flaszki

W tym miejscu wypada przerwać relację z życiorysu Wilimowskiego. Garść suchych statystyk, mimo że imponujących, nie oddaje w pełni, jaki był.
Nie ulega wątpliwości, że był genialnym piłkarzem. Grając na pozycji lewego łącznika (dzisiaj moglibyśmy określić go mianem skrzydłowego) dysponował świetną szybkością i zadziwiającą skutecznością. Jednak tym, z czego zasłynął w największej mierze, była fenomenalna umiejętność dryblingu. Kolokwialnie ujmując, robił z piłką, co chciał. Był istnym koszmarem dla obrońców drużyny przeciwnej i katem dla bramkarzy, których pokonywał najczęściej w najprostszy z możliwych sposobów – strzelając z najbliższej odległości lub wbiegając z piłką do bramki. Robił to z szyderczym uśmieszkiem, co sprawiało, że wśród rywali podziw dla jego zdolności mieszał się ze szczerą niechęcią. Tłumy natomiast uwielbiały go i sposób, w jaki grał.

Wraz z popularnością pojawiły się kobiety i alkohol. Można stwierdzić, że poza boiskiem były to największe pasje Wilimowskiego. W międzywojennej Polsce krążyły legendy o tym, że nawet w wieczór przed meczem „Ezi” wypijał litry likieru, zaś noc spędzał w towarzystwie kobiet. Zazwyczaj nie miało to wpływu na jego formę, jednak inaczej było po meczu z Wisłą w Krakowie, w czerwcu 1936 roku.

Konflikt z PZPN, stracony medal i Strasburg

Ruch Chorzów wygrał to trudne spotkanie 1:0. Piłkarze ze Śląska tak bardzo świętowali ten tryumf, że nazajutrz – w towarzyskiej konfrontacji z Cracovią – ulegli 0:9. Wtedy oficjele PZPN-u postanowili zawiesić drużynę Ruchu, aczkolwiek w perspektywie zbliżającej się olimpiady wymuszono na nich tylko przyznanie się do pijaństwa i okazanie skruchy.
Podobno jedynym piłkarzem, który nie zgodził się na te warunki, był Wilimowski, przez co został zawieszony na kilka tygodni. Były to niestety najważniejsze tygodnie w przeciągu kilku lat. Reprezentacja Polski wystąpiła wtedy na Igrzyskach Olimpijskich w Berlinie, zajmując czwarte, najgorsze dla sportowców, miejsce. Nikt nie miał wątpliwości, że z „Ezim” w składzie medal byłby na wyciągnięcie ręki, być może nawet złoty.

Perturbacje, związane z zawieszeniem przez związek, nie przeszkodziły jednak Wilimowskiemu w zdobyciu drugiego tytułu króla strzelców, zaś Ruchowi Chorzów czwartego mistrzostwa z rzędu. Rok 1937 był dla klubu z Chorzowa mniej udany, ponoć przez ewidentną niechęć sędziów, którzy z piłkarskiej centrali otrzymali polecenie, aby podjąć wszelkie możliwe działania, by Ruch po raz piąty nie zdobył tytułu. Skończyło się na trzecim miejscu, zaś „Ezi” nie zdołał strzelić choćby dwunastu bramek, co pozwoliłoby mu zdobyć trzecią koronę króla strzelców. Powrócił za to do reprezentacji, zagrał kilka meczów i zdobył trzy bramki.

Świetny był dla niego rok 1938. Ruch ponownie wywalczył mistrzostwo kraju, ale Wilimowski zapadł w pamięci kibiców na całym świecie ze zgoła innego powodu.
Polska reprezentacja debiutowała wtedy na mistrzostwach świata. W pierwszym meczu, w Strasburgu, przeciw Brazylii, „Ezi” pokonał bramkarza „Canarinhos” aż czterokrotnie! Jeśli dodamy, że piąty gol dla Polski padł po rzucie karnym, podyktowanym po faulu na nim, można bez cienia wątpliwości stwierdzić, że był to jego najlepszy mecz w całej karierze. Niestety Brazylijczycy po dogrywce pokonali nas 6:5, ale Wilimowski na tyle spodobał się Latynosom, że zaproponowali mu przenosiny za ocean. Ślązak ponoć podpisał nawet wstępną umowę, ale gdy dowiedział się o niej PZPN, transfer zakończył się fiaskiem.

1939

Rok ten był przełomowy dla kariery „Eziego”, zarazem bardzo trudnym, jak dla całego świata. Wydaje się, że Wilimowski zaraz przed wybuchem wojny osiągnął szczytową formę. Świadczy o tym wydarzenie, które zapewne nigdy nie zostanie poprawione ─ Ślązak w meczu Ruchu z Unionem-Touring Łódź zdobył 10 bramek! Mecz zakończył się wynikiem 12:1, a sam „Ezi” przed przerwaniem rozgrywek miał na koncie 26 goli w 14 meczach, zaś jego klub dwupunktową przewagę nad drugą w tabeli Wisłą Kraków.

1. września zmienił życie wielu ludzi na świecie, również Wilimowskiego. Podpisując Volkslistę, co umożliwiało nie tylko kontynuowanie kariery, ale po prostu przeżycie, stał się obywatelem Trzeciej Rzeszy. Ruch Chorzów został rozwiązany, piłkarz powrócił więc do 1. FC Kattowitz, gdzie jednak pamiętano, że pięć lat wcześniej „Ezi” opuścił drużynę, przechodząc do „polskiego” zespołu, toteż nie był tam mile widziany.

Życie w Niemczech

W roku 1940 Wilimowski wyjechał w głąb Rzeszy, do 1942 roku grał w Polizei-Sportverein Chemnitz, zaś do 1944 reprezentował TSV Monachium. W tym okresie zwrócił na niego uwagę selekcjoner reprezentacji Niemiec, Sepp Herberger. Słuchy o rekordach strzeleckich młodego Ślązaka dochodziły do niego już przed wojną, teraz, kiedy „Ezi” był obywatelem Trzeciej Rzeszy, nie istniała żadna przeszkoda, aby zagrał w jej drużynie narodowej.

O ile w barwach Polski Wilimowski zdobył 21 bramek w 22 meczach, o tyle w koszulce z czarnym orłem zanotował fantastyczny bilans 13 bramek w ośmiu spotkaniach! Zdecydowanie najlepszym z nich była konfrontacja z silną wtedy Szwajcarią. Jej blok defensywny uchodził za jeden z najlepszych w Europie. Na „Ezim” nie robiło to jednak wrażenia – zdobył cztery bramki oraz jedną, której nie uznał sędzia. Końcowy wynik brzmiał 5:3. W późniejszym czasie grał w klubach: Chemnitz-West, Hameln 07, TSV Detmond, BC Augsburg, FV Offenburg, Singen 04, VfR Kaiserslautern oraz FV Kahl, którego barwy reprezentował aż do 1959 roku.

Po zakończeniu piłkarskiej kariery odrzucił propozycję pracy w Niemieckim Związku Piłki Nożnej. Został urzędnikiem i osiadł w Karlsruhe. Do końca życia nie rozstawał się z piłką – często widywano go na niemieckich stadionach, wygrywał również sporo pieniędzy w zakładach bukmacherskich. Zmarł 30 sierpnia 1997 roku.

Skazany na zapomnienie

W Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej nazwisko Wilimowski zostało wymazane z kronik sportowych. Fakt, że po wojnie nie wrócił do Polski, a nawet wspomniane podpisanie Volkslisty spowodowało uznanie go za zdrajcę. Zarzucano mu, że wyrzekł się polskości.

Nie należy jednak zapominać, że „Ezi” był przede wszystkim Ślązakiem, co zawsze powtarzał. Tak samo jak to, że nie interesują go sprawy polityczne, ważna jest tylko gra w piłkę. Oprócz niej, pozostał mu jedynie sentyment do Śląska. Niestety, nie było mu dane nigdy tam wrócić.
W 1995 roku Ruch Chorzów zaprosił go na obchody 75. rocznicy założenia klubu. Z bólem serca musiał odmówić, gdyż jego małżonka cierpiała wtedy na chorobę serca i potrzebowała opieki.

Ernest Wilimowski był postacią niejednoznaczną. Kobieciarz, nie stroniący od alkoholu, w dodatku przez wiele lat uznawany za człowieka, który wyrzekł się ojczyzny. Nie ulega jednak wątpliwości, że piłkarzem był wybitnym, jednym z najlepszych, o ile nie najlepszym na świecie w swoim czasie. Szacunek dla historii oraz fakt, że wciąż brak nam sukcesów piłkarskich, które mogłyby przesłonić jego dokonania sprawia, że powinniśmy pamiętać o „Ezim”.

Komentarze
~Kaszub (gość) - 9 lat temu

Jak zwykle prawde sie zakrywa klamstwem karmiac
ludzi. Oj, nieladnie.

Odpowiedz
Dawid Kowalski (gość) - 9 lat temu

Po prostu komentarze nie na miejscu, miejsca nie
znajdują. Na takie tematy jak pisałeś są przeznaczone
nawet odpowiednie fora ;)

Odpowiedz
~Kaszub (gość) - 9 lat temu

Nawet nie wiesz o czym mowisz.

Odpowiedz
~kaml19 (gość) - 9 lat temu

Przepraszam za wyrażenie

Odpowiedz
~jim (gość) - 8 lat temu

na pewno jeden z 3 jeżeli nie najlepszy napastnik
jakiego zrodziła ta ziemia..szkoda że historia tak
pokreciła mu życiorys ale to samo można
powiedzieć teraz o Podolskim ...oni obaj chcieli po
prostu grać a realia ich nie interesowały

Odpowiedz
~trener1963 (gość) - 8 lat temu

to był wielki pilkarz dlatego ku jego pamięci
organizujemy co rocznie turniej w Katowicach
26.06.2011r .Starał się jak najdalej być od
polityki , a na śląśku w czasie 2 wojny
światowej nie mogłes uciec od polityki tylko
poprzez smierć

Odpowiedz
Dodaj komentarz

Zapraszamy do kulturalnej dyskusji.

Najnowsze