Od jedenastej kolejki Premier League wszyscy wymagaliśmy nieco więcej niż od kilku poprzednich. Raz, że na niedzielne popołudnie zaplanowano dwa pojedynki, które spokojnie mogliśmy określić mianem hitowych. Dwa, że klubowa piłka opuszcza nas na jedenaście jesiennych dni i pozostawia na pastwę meczów reprezentacji. Na całe szczęście w miniony weekend emocji nie brakowało.
Nihil novi?
City wygrało, Arsenal znów nie sprostał wyzwaniu i zanotował kolejną porażkę z drużyną z TOP 6. Jednak wbrew pozorom nie wszystko w tym meczu wyglądało typowo. Przede wszystkim „The Citizens” nie wyglądali tym razem na drużynę z innej planety. Zagrali bardzo dobrze, ale wydaje się, że gdyby nie odrobinę bojaźliwe podejście „Kanonierów”, kolejne zwycięstwo mogło nie być takie oczywiste.
Arsenalowi zabrakło przede wszystkim przekonania, że na Etihad można dziś osiągnąć korzystny rezultat. Pozostałe składowe to brak szczęścia przy decyzjach sędziowskich i nie najlepsza dyscyplina taktyczna. Chaotyczne próby pressingu przynosiły skutek odwrotny do zamierzonego. Podopieczni Pepa Guardioli z łatwością radzili sobie z naciskami rywali, co często owocowało groźnymi kontratakami.
Arsene Wenger, stawiając na Francisa Coquelina grającego między dwójką obrońców, liczył na zabezpieczenie środka pola, który bardzo często przeciekał. Niewiele to jednak pomogło, bo drużynie z Manchesteru wystarczały przeciętnie trzy podania, aby rozmontować defensywę rywala. Dobre zmiany wnieśli strzelec gola kontaktowego Alexandre Laccazette oraz Jack Wilshere, ale ich pojawienie się w drugiej połowie nie odmieniło oblicza meczu. Pep Guardiola i jego zespół odnoszą kolejne w pełni zasłużone zwycięstwo i wciąż nie znamy odpowiedzi na pytanie, kto będzie w stanie ich zatrzymać?
Czyj jest ten autobus?
Ander Herrera uważa, że w niedzielnym pojedynku na Stamford Bridge Antonio Conte i jego podopieczni zaparkowali przed własną bramką autobus. Ale spokojnie, zanim nazwiecie Hiszpana hipokrytą, musimy dodać, że piłkarz Manchesteru United nie rzucił tych słów w ramach jakichkolwiek oskarżeń. Według Herrery od samego początku jasne było, że w spotkaniu zwycięży ten, kto pierwszy strzeli bramkę. Menedżerowie obu drużyn nastawieni są przede wszystkim na korzystny rezultat i bez wahania poświęciliby widowisko dla trzech punktów.
Kibice również mogli podejrzewać, że będzie to mecz z gatunku tych „dla koneserów”. Zwycięstwo „The Blues” zapewnił strzałem głową Alvaro Morata, który, jeśli zapomnimy na chwilę o zmarnowanej w ostatnich sekundach „setce”, zagrał świetne spotkanie. Nie pomógł Fellaini, nie pomógł Martial. Chelsea przez większość czasu miała mecz pod kontrolą. Morata strzelił gola, Conte dał sygnał i piłkarze z Londynu definitywnie zamurowali dostęp do bramki. Tak w niezbyt dużym skrócie wyglądał obraz meczu.
102 minuty
Tyle trwał morderczy bój Watfordu i Evertonu o końcowy rezultat. Mimo że „Szerszenie” prowadziły już 2:0, nie udało im się ugrać choćby punktu. Po raz pierwszy od dawna okazję do świętowania mieli kibice Evertonu, w który w 60. minucie meczu wstąpiło drugie życie.











