W nieco innym dniu niż wszystkie mecze 1/16 Ligi Europejskiej rozegrane zostało spotkanie pomiędzy Evertonem a Sportingiem Lizbona. Wtorkowe starcie na Goodison Park lepiej pamiętać będą jednak gospodarze, którzy wygrali 2:1.
Na Goodison Park gospodarze spotkania, zespół Evertonu, z wielkim komfortem psychicznym podchodzili do tej rywalizacji. Podopieczni Davida Moyesa pokonali bowiem w ostatniej kolejce Premiership londyńską Chelsea 2:1. Sporting natomiast fatalnie, biorąc pod uwagę na wartość sportową tego zespołu, spisuje się w rodzimej Bwin Lidze. Trudno się zatem dziwić, iż faworytem pierwszego starcia tego dwumeczu byli zawodnicy z Liverpoolu.

Początek spotkania, jak można było się spodziewać, prowadzony był w spokojnym tempie. Nieznaczną przewagę osiągnęli jednak gospodarze, starając się przejąć kontrolę nad boiskowymi wydarzeniami. Najwidoczniej takie rozwiązanie było na rękę przyjezdnym, którzy za cel nadrzędny postawili sobie skuteczną grę w defensywie. Wraz z pierwszym gwizdkiem arbitra aktywny na murawie był, będący ostatnio w wybornej formie napastnik „The Toffees”, Louis Saha. W 18. minucie właśnie 31-letni zawodnik ewidentnie faulowany był tuż przed polem karnym. Wydawało się, że sygnalizacja sędziego jest tylko kwestią sekund, lecz jego zdaniem przewinienie jednak nie nastąpiło, co rzecz jasna wzbudziło falę gwizdów na trybunach. Do 25. minuty zliczyć można było cztery dogodne okazje gospodarzy, dzięki którym mogli wyjść na prowadzenie. Mimo to ich gra była bardzo spokojna i wyważona, a przewaga nie była wyraźna.
35. minuta przyniosła wreszcie pożądany przez miejscowych efekt. Phil Neville prostopadle zagrał w pole karne do Tima Cahilla, który wykazał się nieprzeciętnymi umiejętnościami i finezyjnie odegrał piętą do nabiegającego Stevena Pienaara. Reprezentant gospodarza tegorocznego mundialu zdecydował się na strzał z pierwszej piłki i pewnie pokonał golkipera Sportingu. Chwilę później soczyste uderzenie jednego z graczy gości odbił Tim Howard. Próbujący dobijać w tej sytuacji Joao Moutinho zgubił rytm akcji i nie był już w stanie oddać strzału na bramkę Amerykanina. Zdobyta bramka najwyraźniej przyćmiła piłkarzy z Liverpoolu, bowiem w krótkim odstępie czasu ponownie zaatakowali gracze Sportingu. Tym razem po interwencji Howarda w słupek trafił Marat Izmaiłow.
Początek drugiej połowy nie odbiegał wcale od wydarzeń w pierwszych trzech kwadransach. Z taką tylko różnicą, że piłkarze gospodarzy aktywność w ofensywie szybciej udokumentowali niżeli w premierowej odsłonie. Już w 49. minucie szczęśliwcem, który wpisał się na listę strzelców, był Sylvain Distin. Określenie „szczęśliwcem” jest w tej sytuacji jak najbardziej na miejscu, bowiem futbolówka wręcz spadła na nogę zaskoczonego Francuza. Po utracie drugiej bramki goście z Lizbony wiedzieli, że by nawiązać rywalizację z rywalem, muszą się otworzyć. To wszystko było wodą na młyn dla „The Toffees”, którzy coraz pewniej czuli się na boisku i stwarzali więcej okazji pod polem karnym Rui Patricio.












