Piłkarze Espanyolu Barcelona pokonali Atletico 4:2. Dwie bramki dla gospodarzy zdobył Joan Verdu, a po jednej Romaric i Sergio Garcia. Dla przyjezdnych trafiali Falcao oraz Arda Turan. Miejscowi przez niemal całe spotkanie byli stroną wyraźnie lepszą. Madrytczycy zanotowali kolejny słaby mecz wyjazdowy.
Na Cornella-El Prat spotkały się drużyny, które w tabeli ligi hiszpańskiej dzieliły tylko dwa punkty. W przypadku zwycięstwa Espanyol przeskoczyłby Atletico i znalazł się zaraz za strefą europejskich pucharów. Gregorio Manzano, wybierając podstawową jedenastkę, po raz kolejny zapomniał o Jose Antonio Reyesie. Na ławce zasiedli też Adrian Lopez i Alvaro Dominguez. W Espanyolu bez niespodzianek. Jedyne absencje to te wymuszone kontuzjami.

Pierwsze dogodne akcje spotkania przeprowadziło Atletico. Madrytczycy w ciągu pierwszych czterech minut stworzyli sobie trzy dogodne okazje do pokonania Alvareza. Wydawało się, że gospodarze jeszcze długo nie będą w stanie zagrozić bramce przyjezdnych. A potem stało się coś dziwnego. W 5. minucie Courtois wybił piłkę pod nogi Romarica. Reprezentant Wybrzeża Kości Słoniowej szybko odegrał ją do Joana Verdu, a Katalończyk, nie zastanawiając się zbyt długo, huknął z 25 metrów. Pomocnik Espanyolu nadał piłce przedziwną rotację, ale nawet ona na nic by się nie zdała, gdyby golkiper „Los Colchoneros” dobrze wykonał swoją pracę. Niestety młody Belg zawalił i wpuścił strzał. Na wpół pusty stadion Cornella-El Prat oszalał. Dwie minuty później do górnej piłki wyskoczył Thievy, pokonał w powietrznym pojedynku rywala i odegrał do Verdu. Ten, dochodząc do wniosku, że jeśli udało się raz, to dlaczego miałoby się nie udać drugi, z całych sił kopnął futbolówkę w kierunku bramki i oczywiście trafił. 7. minuta – Atletico na kolanach.
Przez kolejne dziesięć minut mecz toczył się pod dyktando Espanyolu, piłkarze Mauricia Pochettino spokojnie rozgrywali piłkę. Goście próbowali kontrować, ale na razie byli po prostu beznadziejni. W 19. minucie gospodarze wyprowadzili kolejny atak. Romaric podał piłkę Sergio Garcii, a Katalończyk sprytnie oddał ją czarnoskóremu pomocnikowi, który mógł tylko pokonać bramkarza. 3:0. Siedzący na ławce rezerwowych Gregorio Manzano miał minę, jakby przeczuwał, że jego posada wisi na coraz cieńszym włosku. Na boisku ciągle rządził Espanyol, akcje Atletico wyglądały jak żywcem wyjęte z lig amatorskich. Madrytczykom zaczęły puszczać nerwy. Wydawało się, że lada moment któryś faul zakończy się wykluczeniem piłkarza gości.
Na szczęście „Los Rojiblancos” jednak stać było na zryw. Salvio posłał piłkę w pole karne, a Falcao w niesamowity sposób urwał się obrońcom i przed zderzeniem się z bramkarzem posłał futbolówkę do siatki. Kolumbijczykowi, jedynemu graczowi Atletico, który nawet przez chwilę nie przestał naciskać rywali, gol się należał. W 38. minucie Mario Suarez groźnie uderzał głową, ale minimalnie chybił. W końcowych minutach pierwszej połowy można było odnieść wrażenie, że Espanyol śpi. Gospodarze kompletnie przestali atakować. Do przerwy żadna drużyna nie zdołała już pokonać bramkarza rywali.











