Są w życiu takie sytuacje, gdy nie pozostaje nic innego, jak tylko otworzyć szeroko oczy i usta, nadstawić uszu i nawet nie zastanawiać się, co się właśnie dzieje. Takie właśnie wrażenie często towarzyszy ludziom, którzy po raz pierwszy słuchają radiowych transmisji meczów Athleticu Bilbao.
Komentatorzy piłkarscy dzielą się na tych normalnych i tych szalonych. Ci normalni komentują, ci szaleni chłoną widowisko, mniej lub bardziej świadomie stając się jego nieodłączną częścią. Bohaterowi tego tekstu do normalności jest tak daleko jak Dennisowi Rodmanowi i Mario Balotellemu razem wziętym. Jose Iragorri to z pewnością jeden z najbardziej charyzmatycznych sprawozdawców sportowych świata. Pracuje dla Radio Popular i zajmuje się Athletikiem Bilbao. Bask, pełniący w rozgłośni funkcję dyrektora sekcji sportowej, prowadzi cotygodniowy program poświęcony „Lwom”, a codziennie w godzinach nocnych bawi słuchaczy w audycji „Oye Como Va”. No i komentuje mecze. Robi to od przeszło dwudziestu lat i nic nie wskazuje na to, by miał przestać. Bardzo mało prawdopodobne, aby ktoś mu na to pozwolił, bo Iragorri to dla kibiców Athleticu ktoś więcej niż facet mówiący, co się aktualnie dzieje na murawie. Iragorri to personifikacja baskijskiej pasji, tego szaleństwa, które czyni z San Mames jedyny hiszpański stadion, który do dziś wypełniają głównie fanatycy.
Iragorri krzyczy. Krzyczy: dorsz!

Cała historia ma swój początek w roku 1984, kiedy to Fede Merino, aktualny dyrektor Radio Popular, z bliżej nieznanych nikomu przyczyn podczas komentowania meczu Athleticu w momencie strzelenia przez „Los Leones” gola krzyknął „bacalao”, czyli właśnie „dorsz”. Z czasem tradycją stało się właśnie w ten sposób ogłaszanie, że oto trzecia najlepsza drużyna w historii La Liga zdobyła bramkę. Na początku wszystko wyglądało na zabawę, dopiero bohater tego tekstu zamienił nielogiczny okrzyk w znak rozpoznawczy rozgłośni. Radio Popular, czy też Herri Irratia, komentuje wszystkie domowe, wyjazdowe, ligowe i pucharowe mecze Athleticu, a za mikrofonem zawsze siedzi Iragorri. Przez dwie dekady towarzyszyli mu inni. Odchodzili, wracali, znów odchodzili, a on trwał. Teraz razem z nim spotkaniami „Lwów” delektuje się Cristina Garcia, ale gościnnie, by poczuć emocje dorsza, pojawiają się inni. A czym właściwie są te emocje?
3 mają 2006 roku. Mecz Athleticu z Saragossą. Gol Frana Yeste z 75. minuty dający gospodarzom trzy punkty. Komentuje Iragorri.
Bacalao. Dorsz. 92 razy! Jak seria z karabinu maszynowego. Jak zrzucenie z duszy ciężaru niepewności, jak krzyk niewypowiedzianej radości. Przedziwna manifestacja szczęścia. Przedziwna, ale jakże prawdziwa. Każdy chyba, słuchając tego komentarza, ma wrażenie, że Iragorri tym dorszem przekazał naraz miliony emocji. To, co dziennikarzom tak trudno ubrać w słowa, komentator oddał jednym, powtórzonym niemal sto razy, słowem! W Hiszpanii mówi się o la emocion del bacalao – emocjach dorsza. W Kraju Basków relacje Jose są uważane za niedościgniony wzór. Chcąc oddać prawdziwe emocje meczu, kompilatorzy synchronizują obraz z kamer telewizyjnych z radiowym komentarzem bohatera tego tekstu. Tylko wtedy widz naprawdę czuje, że gol dla Athleticu to nie zwykłe trafienie – to czysta radość.











