W niezwykle trudnych czasach drugiej wojny światowej, wśród nędzy i ubóstwa, brutalnych mordów i zbrodni znalazło się miejsce na futbol. Dawał on odrobinę odebranej wolności.
Niemieckie obozy śmierci
„Nigdy więcej wojny! To pokój, pokój musi kierować losami narodów i całej ludzkości”. Proste, ale jak wiele mówiące słowa polskiego papieża Jana Pawła II. Nienawiść rodzi przemoc, natomiast przemoc rodzi zagrożenie dla życia drugiego człowieka. W obecnych czasach często zapominamy, czym dla ludzkości była II wojna światowa. Z dnia na dzień wybucha coraz więcej konfliktów, które nijak mają się do słów wielkiego Polaka.
Adolf Hitler ponad siedemdziesiąt sześć lat temu rozpoczął najgorszy okres w dziejach naszej planety. Jako jeden z zawiedzionych ustaleniami traktatu wersalskiego rozpoczął brutalną walkę o władzę w Europie, ale także i na świecie. Jego plany i cele nie miały nic wspólnego z etyką, normalnością i poszanowaniem praw człowieka. Niemiecki wódz wierzył w to, że tylko rasa aryjska ma czystą krew. Innych nienawidził. Innych: głównie Romów i Żydów, chciał za wszelką cenę zlikwidować. Do realizacji chorej fantazji potrzebne mu były miejsca zagłady zwane oczywiście obozami koncentracyjnymi. Jak wiemy z opowiadań i tego, co nauczyła nas historia, działy się tam rzeczy trudne do nazwania, a co dopiero do opisania. Mało kto jednak wie, że wśród panującego wówczas strachu przed śmiercią znalazło się miejsce na futbol.
„Wielu jak ja spowiadało się tu drzewom, błagało o pamięć. Pragnęło się wspiąć na wierzchołki, by odfrunąć. Ich ślady zginęły, zostały zatarte, rozwiane. A drzewa to wszystko widziały, słyszały. I swym zwyczajem. Rosły, zieleniły się i milczały….” (Halina Birenbaum – była więźniarka)
Widziały śmierć. Widziały piłkę nożną, jedną z czynności, która pomagała żyć w ciągłym, śmiertelnym niebezpieczeństwie.
Futbol w opowiadaniach Borowskiego
https://www.youtube.com/watch?v=pQWpepIJH1Y
„Najpierw budowaliśmy na pustym polu, leżącym za barakami szpitala, boisko do piłki nożnej. (…) Z prawa od pola były krematoria, jedne za rampą, obok FKL-u, drugie bliżej, tuż przy drucie. Solidne budynki, mocno osadzone w ziemi. Za krematoriami lasek, którym szło się do białego domku. (…) Budowaliśmy boisko wiosną i jeszcze przed jego skończeniem poczęliśmy siać pod oknami kwiatki. (…) Kiedy podlewane kwiatki podrosły, skończyliśmy boisko. Teraz kwiatki rosły same, chorzy sami leżeli w łóżkach, a myśmy grali w nożną. Co dzień po rozdaniu wieczornych porcji na boisko przychodził kto chciał i kopał piłkę” – opisywał w opowiadaniu „Ludzie, którzy szli” Tadeusz Borowski, polski poeta, którzy widział to wszystko na własne oczy.

I tak rzeczywiście było. Miejsce, w którym powstało boisko, należało wcześniej prawdopodobnie do Romów, których – wedle założeń Hitlera – bez skrupułów zamordowano. Wyrównany plac, na którym rosła trawa. Z dwóch stron stały prowizoryczne, drewniane bramki. Przypominał on swoim wyglądem z pewnością tysiące identycznych miejsc, na których jeszcze kilka, a może nawet już kilkanaście lat temu grała w piłkę młodzież. Obecnie są już supernowoczesne orliki, więc nie ma tego samego klimatu. Wracając jednak do tego boiska. Niby podobne, ale jednak ogromnie się różniły. Jedne były źródłem szaleństwa, radości i zabicia czasu, a drugie szansą na chwilowe zapomnienie o prędko zbliżającej się śmierci. Z jednej strony cieszysz się ze zdobycia bramki, a z drugiej oglądasz i czujesz cuchnący dym wydobywający się ze stojącego obok wielkiego komina. Coś strasznego.











