O tym, że La Liga jest w kryzysie, wiadomo od dawna. Mało kto spodziewał się jednak, że z klubami hiszpańskiej ekstraklasy może być aż tak źle. Ostatnia kolejka fazy grupowej europejskich pucharów obnażyła wszystkie słabości zespołów Primera Division.
Jeszcze nie tak dawno rozgrywki ligowe na Półwyspie Iberyjskim uchodziły za najlepsze na świecie. Lata 2014–2018 były zdominowane przez hiszpańskie zespoły na europejskiej arenie. W obu kontynentalnych rozgrywkach kluby La Liga dochodziły przynajmniej do najlepszej czwórki. Sytuacja zmieniła się diametralnie i trudno wytłumaczyć fakt, że w tym sezonie Ligi Mistrzów z pięciu drużyn reprezentujących ligę hiszpańską do fazy pucharowej przechodzą zaledwie trzy.
La Liga i Liga Mistrzów to dwa różne światy
Sezon 2020/2021 w Lidze Mistrzów rozpoczęła rekordowa liczba pięciu hiszpańskich zespołów. Do czwartku, kiedy to rozegrano zaległy mecz pomiędzy Atalantą Bergamo a Villarrealem, tylko przedstawiciele stolicy Hiszpanii zapewnili sobie awans do fazy pucharowej najważniejszych europejskich rozgrywek. Drużyna Unaia Emery’ego pokazała jednak klasę i w rozgrywanym w zimowej aurze meczu dołączyła do Realu i Atletico w szesnastce najlepszych drużyn Starego Kontynentu.
Atletico Madryt o awans do 1/8 finału drżało do końca ostatniego meczu fazy grupowej w Porto. Dysponujący jedną z najlepszych, o ile nie najsilniejszą kadrą w La Liga „Los Colchoneros” rzutem na taśmę uzyskali awans z grupy śmierci. Postawa w lidze „Rojiblancos” pozostawia wiele do życzenia. W Champions League „Cholismo” po raz kolejny pozwoliło Atletico pozostać w grze o pierwszy w swojej historii triumf w Europie.
Na tym pozytywy jednak się kończą. Europejską jesień w wykonaniu FC Barcelona i Sevilli należy określić jako pasmo rozczarowań. Postawę „Dumy Katalonii” można zrozumieć przez pozaboiskowe problemy, które rzutują na jakość prezentowaną na boisku. W sześciu meczach Barcelona zaledwie dwukrotnie znajdowała drogę do bramki (oba gole w spotkaniach z Dynamem Kijów). Jest to trzeci najgorszy wynik w całej Champions League. Nie dziwi więc fakt, że kibice „Blaugrany” wiosną będą rezerwować sobie czwartkowe wieczory.
Historia Sevilli zasługuje na osobny akapit. Grupa G, do której trafili podopieczni Julena Lopeteguiego, uznawana była za najsłabszą ze wszystkich. Lille, Wolfsburg i Red Bull Salzburg to zespoły nie tylko w zasięgu Sevilli, ale można powiedzieć, że nawet słabsze od „Los Nevirones”. Kadrowo Andaluzyjczycy prezentują się lepiej niż w poprzednim sezonie, więc tym bardziej trzecie miejsce w grupie jest ogromnym rozczarowaniem. Sevilla wraca więc do swoich ulubionych rozgrywek. Wygrywała je sześciokrotnie i będzie jednym z głównych faworytów do ponownego triumfu.











