Niewiele ponad miesiąc temu Zagłębie Lubin reprezentowało Polskę w europejskich pucharach i przewodziło ligowej stawce z czterema zwycięstwami na koncie. Mimo że był to początek sezonu, podopieczni Stokowca jawili się jako drużyna mogąca zagrozić Legii w walce o mistrzostwo. Jednak od tego czasu „Miedziowi” mocno wyhamowali, a my zastanawiamy się, gdzie możemy szukać przyczyn tego kryzysu (?).
Patrzymy na tabelę ekstraklasy i widzimy Zagłębie Lubin na drugim miejscu w lidze z 13 punktami na koncie po siedmiu meczach. Najgorzej to nie wygląda, trzeba przyznać. Ale od miesiąca drużyna Piotra Stokowca prezentuje się przeciętnie. Cztery remisy z rzędu, a przede wszystkim mało przekonująca gra w ofensywie – to główne zarzuty wobec „Miedziowych”. Po szczęśliwie zremisowanym 1:1 spotkaniu z Arką sami zawodnicy i szkoleniowiec nie ukrywali, że złapali zadyszkę. Co może być jej powodem?
Forma fizyczna
Jeśli sam trener twierdzi, że wszyscy cieszą się z przerwy na reprezentację, ponieważ jego zawodnicy muszą naładować akumulatory, to wiedz, że jest coś na rzeczy. Lubinianie nie dość, że zaczęli sezon dwa tygodnie wcześniej niż reszta ligi, to do połowy sierpnia grali co trzy dni. To musiało się odbić na formie piłkarzy, zwłaszcza że w większości spotkań występowała ta sama jedenastka. Musimy również pamiętać, że sytuacja w LE tak się ułożyła, że Zagłębie w każdym z meczów musiało grać na 100%.
Brak świeżości pojawił już od pojedynku Pucharu Polski z Bytovią Bytów. Później mieliśmy dwa remisy 0:0 z Piastem Gliwice i Górnikiem Łęczna, w których to meczach podopieczni Stokowca nie byli w stanie przekuć przewagi w posiadaniu piłki na akcje bramkowe. Osławiona kultura gry była, ale brakowało wejścia na wyższy bieg. Natomiast w spotkaniu z Arką Gdynia piłkarzom Zagłębia ewidentnie zabrakło pary w drugiej połowie. Czy może być lepszy dowód na fizyczne zmęczenie zespołu?
Na tym etapie sezonu lubinianie rozegrali 570 minut więcej niż większość drużyn w lidze. To obciążenie, które w przypadku drużyny nieprzyzwyczajonej do gry na dwóch frontach, może być zabójcze. Wychodzi więc na to, że tzw. pocałunek śmierci działa na wszystkich w polskiej lidze.

Zadyszka Starzyńskiego
O tym, jak ważną postacią dla Zagłębia jest reprezentant Polski, przekonaliśmy się wiosną tego roku. Klub ze Starzyńskim „za kierownicą” grał świetnie, a jego bramki i asysty były wartością dodaną, która zadecydowała o awansie „Miedziowych” do europejskich pucharów. Początek tego sezonu rozgrywający miał świetny. Dwa gole i asysta w dwóch pierwszych meczach (łącznie rozegrał w nich zaledwie 86 minut), ale Starzyński od początku sierpnia wyhamował.
Wydaje się więc, że w ostatnich tygodniach piłkarz odczuwa trudy poprzedniego sezonu, brak dłuższego urlopu i nieprzepracowanie okresu przygotowawczego. Na nic zdało się powolne wprowadzanie go do zespołu (dopiero dwa ostatnie spotkania w ekstraklasie rozegrał w pełnym wymiarze czasowym) i niewystawianie go w dwóch pierwszych rundach el. LE. Filip Starzyński znajduję się pod formą i odbija się to na grze całej drużyny.











