Już w sobotę 15 maja przekonamy się, kto zdobędzie 129. Puchar Anglii. W finale zagrają ze sobą: zwycięzca Premiership, Chelsea Londyn i zespół z ostatniego miejsca w tabeli tych rozgrywek, Portsmouth.

Zdecydowanym faworytem tego pojedynku będą londyńczycy, obrońcy trofeum zdobytego po wygranej nad Evertonem. Teraz ewentualny sukces i ponowne zdobycie tego najstarszego w piłkarskim świecie trofeum oznaczałoby dla Chelsea pierwszy w historii klubu dublet, czyli wygraną w Premiership i FA Cup w jednym sezonie. Takim osiągnięciem w angielskiej piłce może, jak dotąd, poszczycić się tylko sześć klubów.
„Pompey” to z kolei zwycięzcy Pucharu Anglii 2008, zdobytego dzięki wygranej nad Cardiff City. Fakt, że Portsmouth dotarło w tym roku do finału przypomina trochę niespodziewany sukces drugoligowego Cardiff sprzed dwóch lat. Ten sezon jest prawdopodobnie najgorszym w historii klubu z Fratton Park: gigantyczne długi i odjęcie dziewięciu punktów, zaowocowało spadkiem „Pompey” do Championship. FA Cup był dla ich fanów i piłkarzy jedynym kolorowym aspektem tego czarnego roku. To dlatego gracze Avrama Granta wkładali tyle serca w każde spotkanie tych rozgrywek:
– Zrobiliśmy to dla naszych fanów. Byli wspaniali, byli naszym dwunastym zawodnikiem. Zasługiwali na ten sukces, za to wszystko, co musieli wycierpieć w tym sezonie – mówił po półfinałowym (osiągniętym po dogrywce) zwycięstwie z Tottenhamem, Ricardo Rocha.
W normalnych warunkach, w związku z tym, że Chelsea zdobyła mistrzostwo Anglii, sam awans do finału powinien dawać Portsmouth prawo gry w europejskich pucharach. Niestety, w związku z tym, że sytuacji „Pompey” normalną nazwać nie sposób, ich fani musieli pogodzić się z jeszcze jednym (ogłoszonym już po półfinale ze „Spurs”), bolesnym ciosem: w związku z kłopotami finansowymi, ich klub nie otrzymał licencji UEFA i w przyszłym sezonie nie zagra w pucharach, niezależnie od wyniku konfrontacji z „The Blues”.
To rzeczywiście okrutne zakończenie już niewesołego sezonu, ale „Pompey” nie powinno zabraknąć motywacji. Spadek do niższej ligi to oczywiście mniejsze szanse na kolejne puchary, więc zespół Avrama Granta będzie chciał pożegnać się w dobrym stylu. Jak przypomina obrońca Portsmouth, Hayden Mullins, jego drużyna nie ma przecież nic do stracenia:
– Nie ma na nas żadnej presji. Presja ciąży na Chelsea. Przed półfinałem ze „Spurs” chcieliśmy po prostu cieszyć się grą. Teraz będzie tak samo – twierdzi Mullins.
Jego opinię zdaje się potwierdzać większość bukmacherów: ich zdaniem Chelsea powinna wygrać ten mecz z łatwością, którą oddaje kurs 1.15. To jednak pułapka, z której oba zespoły oczywiście zdają sobie sprawę. Lekceważenie rywala co prawda w zwyczaju „The Blues” nie leży, ale w tym wypadku Carlo Ancelotti będzie musiał wielokrotnie przypominać swoim piłkarzom (tak jak robił to przed spotkaniem z Wigan w Premiership), że najpierw trzeba wygrać spotkanie, a dopiero później świętować.











