Pierwsze spotkanie tych zespołów, delikatnie mówiąc, nie porwało, widzów postronnych i kibiców obu drużyn. Choć trzeba przyznać, bramka Oliviera Giroud osłodziła nam ten „spektakl”. Francuz lubi robić na boisku takie rzeczy, o których kibice pamiętają latami. Strzał przewrotką zakończony bramką w 1/8 finału Ligi Mistrzów z pewnością należy do takich właśnie wyczynów. Dzięki tej bramce to Chelsea podchodzić będzie w lepszej sytuacji do tego meczu. Pozostaje postawić sobie pytanie: czy uda się awansować?
Właśnie odpowiedź na tę kwestię postaram się odnaleźć, przynajmniej w teorii. Wiadomo nie od dziś, że boisko wszystko weryfikuje po swojemu. Tym bardziej jeśli na murawę Stamford Bridge wybiegną dwa zespoły o tak podobnej jakości. Jednak forma w ostatnich meczach kolejny raz nakazuje postawić gospodarzy w roli faworytów, co jednocześnie oznaczałoby awans. Jednak jeśli są jakieś pewne rzeczy w piłce nożnej, to spokojnie można powiedzieć, że pokaz charakteru drużyny Diego Simeone jest jedną z nich. Nieważne, kto aktualnie gra w zespole z Wanda Metropolitano, Argentyńczyk zawsze stara się wszczepić swojemu zespołowi ducha walki do ostatniej sekundy meczu. W finale z 2014 roku przekonał się na własnej skórze, że warto walczyć. W tym spotkaniu Atletico, marząc o sukcesie, musi być walczące, biegające, a co najważniejsze – skuteczne.
Atletico wyrywa awans po dogrywce
Praktycznie rok temu mieliśmy do czynienia z podobnym widowiskiem, choć początkowy wynik był zupełnie inny. Różnica była jednak z perspektywy czasu ogromna. Atletico przyjeżdżało na Anfield Road z zaliczką 1:0 zdobytą w meczu u siebie. Wynik ten był pewną niespodzianką, szczególnie biorąc pod uwagę różnicę w formie obydwu zespołów. Liverpool doprowadził do dogrywki. Na pewno bardzo w tym osiągnięciu pomogli obecni na trybunach kibice. Kibice, których od tamtego meczu próżno jest szukać w Lidze Mistrzów na trybunach. Na ich powrót czekają wszyscy od 119 spotkań. Nikt wówczas nie spodziewał się raczej, że za kibica na stadionie będzie służyła nam ścieżka dźwiękowa w telewizorze, choć tej w LM nie uświadczymy.
W dogrywce popis dali Atletico i Diego Simeone. Choć pierwszy cieszył się Liverpool. Bobby Firmino pokonał Jana Oblaka i wyprowadził swój zespół na prowadzenie 2:0. Gdyby nie zasada podwójnego liczenia goli zdobytych na wyjeździe, Liverpool byłby już w miarę spokojny. Nie pozwolili na to jednak Marcos Llorente, który wówczas obudził w sobie ofensywnego potwora, dwukrotnie pokonując Adriana, oraz Jan Oblak zaliczający JEDENAŚCIE interwencji. Atletico awansowało po pokazie woli walki i charakteru swojego szkoleniowca.











