Wiara! Jedność! Pogoń! Te trzy słowa są wykrzykiwane przez zawodników szczecińskiej drużyny przed każdym meczem. Podopiecznym Kosty Runjaica nie można odmówić, że stanowią na boisku jedność i z całych sił walczą za Pogoń. Wydaje się jednak, że czasem miewają kłopoty z wiarą w to, że mogą namieszać w walce o czołowe lokaty. Szczecinianie mieli w tym sezonie kilka momentów, w których zbliżali się do podium, jednak w kluczowych spotkaniach całkowicie zawodzili. Wiele wskazuje na to, że problem leży w mentalności. Bo mecze wygrywa się nie tylko nogami, ale też – albo przede wszystkim – głową.
Pogoń to wizytówka Szczecina, jedyny zachodniopomorski klub występujący na najwyższym poziomie rozgrywkowym. W mieście nie ma poważnych konkurentów, w związku z czym ogniskuje uwagę wszystkich zainteresowanych sportem mieszkańców. W niemal 71-letniej historii „Portowcy” mieli chwile chwały, ale i bolesne upadki. Najbardziej kibiców z Grodu Gryfa męczy jednak fakt, że ich ukochany klub wciąż nie zdobył mistrzostwa Polski. Kolejne pokolenia fanów z wytęsknieniem czekają, aż w gablocie stanie upragnione trofeum.
Brak tytułów może wprawiać w kompleksy. Przede wszystkim kibiców, którzy nie mają sposobności, aby szczycić się błyszczącym pucharem czy paterą. W pewnym stopniu oddziałuje to także na piłkarzy, którzy przychodząc do klubu, nie mają zaszczepionej mentalności zwycięzcy, o której tak wiele mówi się w kontekście najlepszych zespołów świata. Bogata i pełna sukcesów historia wielokrotnie stanowi punkt odniesienia, jest katalizatorem działań obecnych pokoleń zawodników, którzy nie chcą dopuścić do tego, aby być zapamiętani jako ci, którzy przerwali pasmo sukcesów. W Pogoni ktoś te sukcesy musi w końcu zapoczątkować!
Grudniowa szansa
Lato było dla Pogoni czasem straconym. Nie czarujmy się – w ośmiu na dziesięć innych zespołach Lotto Ekstraklasy trener Runjaic straciłby pracę. W Szczecinie wytrzymali jednak presję i pozostawili szkoleniowca na stanowisku. Już we wrześniu okazało się, że była to słuszna decyzja, „Granatowo-bordowi” zaczęli bowiem grać na miarę oczekiwań. Po udanej rundzie jesiennej (zakończonej efektownym 2:1 z Legią) szczecinianie zaczęli „kręcić się” w pobliżu miejsc dających przepustkę do europejskich pucharów. Po 16. kolejce plasowali się na szóstej lokacie w tabeli. Ich strata do trzeciej Jagiellonii wynosiła jednak zaledwie trzy punkty.
3 grudnia „Portowcy” zamykali 17. serię gier, mierząc się na wyjeździe z Piastem Gliwice, który znajdował się miejsce wyżej, miał także jedno „oczko” więcej. Szczecińscy kibice coraz mocniej popuszczali wodze fantazji, snuli ambitne plany i marzyli o zbliżeniu się do podium. Podczas poprzedniej potyczki (z Miedzią Legnica) na trybunach zaintonowano nawet „Wielka Pogoń o mistrza gra” – przyśpiewkę, której nie słyszano tutaj od wielu lat.
Tak było mniej więcej do godziny 18:10. O tej porze Tomasz Jodłowiec otworzył wynik meczu, w którym ekipa Kosty Runjaica nie przypominała siebie. Piłkarze grali apatycznie, bez pomysłu, kilku z nich wyglądało jak ciała obce wszczepione do innego organizmu. Bezproduktywny był Buksa, obrona dawała się ogrywać jak dzieci. Skończyło się na 0:3 i czerwonej kartce dla Łukasza Załuski, który również nie zagrał jak Łukasz Załuska.











