I liga to produkt typowo polski. Trochę śmieszny, trochę straszny, trochę przaśny, ale jednak jakiś swojski. Panie i panowie, czas podsumować pierwszą rundę tych niespecjalnie elitarnych rozgrywek.
Wypadałoby zacząć od najlepszych (czytaj Pogoni), lecz pokieruję się inną zasadą i rozpocznę od kobiety. A jeśli mowa o I lidze i kobietach, to zapewne chodzi o panią prezes Warty Poznań, Izabelę Łukomską-Pyżalską. W ciągu rundy jesiennej zdążyła napracować się, by nikt się nie nudził, sumiennie pracując na miano Wojciechowskiego w spódnicy. Najpierw lotem błyskawicy zakończyła się przygoda Czesława Jakołcewicza, pięć kolejek wystarczyło, by szefowa stwierdziła, że z tego nic nie będzie. Kolejnym, który próbował wznieść Wartę na szczyt, był Artur Płatek – on również poległ z kretesem. Nie lepiej wygląda sytuacja Jarosława Araszkiewicza, który przychodził jako strażak mający za zadanie uratowanie sytuacji w trzy kolejki – zaiste ambitny cel.

W międzyczasie pani prezes zdążyła „tweetnąć” o kretyńskim pomyśle relegacji najgorszych sędziów ekstraklasy do I ligi (ode mnie 100% poparcia w tej kwestii), spowiadać się z parkowania na miejscach przeznaczonych dla niepełnosprawnych, poddać w wątpliwość jakość narządów płciowych swoich zawodników czy nauczyć się terminologii piłkarskiej (od „kopania się po czole”, przez „lagę do przodu”, do „przyklejania plastra”). Tylko jakoś te wyniki nie były tak ciekawe. Dziesiąte miejsce i szesnaście punktów straty do lidera to na pewno nie było to, w co Warta celowała przed sezonem. Jest porażka, więc znaleźli się i winni – Gajtkowski, Ujek, Goliński, Scherfchen i Sasin. Poczynania pani prezes będziemy jednak śledzić nadal z zapartym tchem, gdyż to zapewne nie koniec wyciągania wniosków.
Wracając do właściwej kolejności – Pogoń Szczecin. Wydawałoby się, iż pozycja lidera z dość bezpieczna przewagą nad resztą stawki to wystarczający powód do wiecznego zadowolenia, no ale właśnie – wydawałoby się. W ciągu jednej rundy kibice „Dumy Pomorza” przeżywali huśtawkę nastrojów, w pewnym momencie pragnąc natychmiastowego zwolnienia trenera Sasala (pamiętny napis „Sasal słaby trener” zdobiący trybuny podczas jednego z meczów), narzekając na zarząd, któremu rzekomo nie zależało na awansie, czy złorzecząc na absurdalne decyzje w sprawie kart kibica. Do tego doszła sprawa Vuka Sotirovicia, który zapracował sobie na bardzo sympatyczne pseudonimy „Sotyrobisz” czy „Spacerovic”, co świadczy o ciepłych relacjach łączących Serba z fanami. Pogoń jednak w końcu zaczęła wygrywać i siłą rozpędu trafiła na fotel lidera, w którym dość wygodnie się rozsiadła. Prym w ekipie ze Szczecina wiedzie przeżywający drugą (trzecią?) młodość Edi. Brazylijczyk mimo sędziwego (jak na piłkarza) wieku imponuje techniką, przewyższająca ten poziom rozgrywkowy o co najmniej dwie klasy, i determinacją, dzięki czemu ma już na swoim koncie dziesięć bramek i kilka asyst.













