Liga Europy, Liga Mistrzów, wielkie pieniądze, telewizje z kilkudziesięciu krajów, dziesiątki tysięcy kibiców na trybunach – to wszystko i wiele innych atrakcji polskiemu kibicowi piłki kopanej najwyraźniej nie jest pisane – chyba że przed odbiornikiem telewizyjnym, kiedy oglądamy drużyny zagraniczne. Jak co roku, tym razem miało być zupełnie inaczej, a było… jak zwykle.
Powoli zaczynamy zapominać piękne czasy, kiedy o polskiej piłce można było napisać cokolwiek dobrego. Krajowe wydanie tego sportu staje się z roku na rok coraz bardziej niestrawne i tak zarówno po środowym, jak i czwartkowym daniu zaserwowanym przez polskie kluby reprezentujące nas na arenie międzynarodowej chyba wszystkich rozbolały brzuchy.
Piłkarskie bezprawie…
Piłka nożna w wykonaniu Legii Warszawa miała być naszym znakiem towarowym. Po wylosowaniu tych szanownych Irlandczyków słychać było niemal wszędzie, że Legia nie ma prawa nie awansować dalej. Problem polega na tym, że Polacy lubią łamać prawo, w myśl porzekadła: „Zasady są po to, żeby je łamać”. Tym razem nie było inaczej. Znów rywal niskiej klasy i znów kompletna padaczka w wykonaniu mistrzów Polski. Jakże mają wyglądać występy polskich drużyn, jeśli najlepsza z nich prezentuje się tak jak „Wojskowi”?
http://www.grandeaposta.com/wp-content/uploads/2013/02/Liga-europa.jpg
Lech na kolanach z podbitym okiem…
No właśnie, do poziomu Legii doskoczył Lech Poznań, czyli ekipa, która chyba jako ostatnia przyniosła nam miłe chwile w Lidze Europy. Internauci, niektórzy eksperci byli przekonani, że rywal poznaniaków zostanie rozjechany przez niebieską lokomotywę i jak zwykle boisko zweryfikowało szumne zapowiedzi wielkiej wygranej. Założę się, że 80% piłkarzy Lecha nie potrafi nawet poprawnie odczytać nazwy klubu, z którym przyszło im rywalizować, ale poza tym, że mieliby zapewne problem z właściwym wysłowieniem się, mają jak zwykle problem z grą w piłkę. O ile pierwsze można im wybaczyć, o tyle drugiego kolejny raz już nikt nie zamierza puszczać płazem. Swoją drogą, ten mecz, rezultat końcowy przypomina trochę sytuację, kiedy przy Bułgarskiej pojawił się transparent mówiący o wyższości polskiego „pana” nad litewskim. Wtedy też miała być miazga. I była… Lecha.
Zapowiedzi dominacji polskich drużyn, które dostały (teoretycznie) ekipy „ogórków”, przypominają trochę zapowiedzi Artura Szpilki, który zapewniał, że złoi skórę Jenningsowi. Amerykanin zrobił z boksera z Wieliczki mniej więcej to, co rok po roku robią drużyny w stylu FC Nigdzie z polskimi „profesjonalistami”.
Zawisza jak na złość walczył…
Paradoksalnie najlepiej poradził sobie Zawisza Bydgoszcz, który serio traktował rywala, z którym nie można było powiedzieć, że przegrana będzie jakimś wielkim zaskoczeniem. Ewidentnie drużyna z innej klasy piłkarskiej i nie było co do tego wątpliwości (nie był to Manchester United, ale jednak dla poziomu polskich drużyn to ekipa z innego pułapu). Bydgoszczanie mieli jednak w nosie, że traktuje się ich marginalnie w kontekście typowania ewentualnych awansów polskich ekip. No to zrobili wszystkim psikusa, a co! Oczywiście w końcu drużyna z Bydgoszczy przegrała, ale walczyła. Chociaż tyle. Swoją drogą, to też doskonale obrazuje stan polskiej piłki. Musimy cieszyć się z tego, że jakaś drużyna nie klęknęła przed lepszą drużyną, tylko podjęła walkę.











