Cracovia Kraków straciła kolejne punkty. Tym razem kandydatowi do awansu zbyt wysoko poprzeczkę postawiła Arka Gdynia. „Pasy” nie mogą jednak być po tym spotkaniu niezadowolone, gdynianie byli bowiem lepszą drużyną i remis można uznać za sukces gości.
Cracovia Kraków poważnie myśli o powrocie do ekstraklasy. Żeby nie skończyło się na myśleniu życzeniowym, musi wygrywać mecze. Pierwszy krok do osiągnięcia celu miała wykonać na stadionie w Gdyni, gdzie po drugiej stronie barykady stanęła tamtejsza Arka. Gdynianie przed sezonem też myśleli o ekstraklasie, ale w ich przypadku tego typu plany zostały już odłożone na półkę z napisem „w przyszłym roku”.

Od początku było widać, że arkowcy chcieli pokrzyżować ambitne plany piłkarzy Cracovii. Już w pierwszym kwadransie gdynianie stworzyli sobie dwie sytuacje bramkowe. W pierwszej strzał Tomasika wyłapał Pilarz, a w drugiej Kuklis pomylił się o kilka centymetrów. W graczy Arki wyraźnie wstąpił duch zwycięstwa, bo ataki wydawały się nie mieć końca. W 18. minucie znów szarżował Kuklis i znów zabrakło mu precyzji. W końcu gdynianie dopięli swego. Stało się tak w 20. minucie spotkania, kiedy Marcin Radzewicz pięknym strzałem w okienko dał kibicom gospodarzy powód do euforii.
Arka prowadziła, więc duch zwycięstwa opuścił ciało, teraz nawiedził je duch utrzymania wyniku. Spowodował on, że przez długi czas na boisku działo się niewiele. Cofnięcie się do defensywy pozwoliło „Pasom” na stworzenie świetnej sytuacji i gdyby Żytko główkował nieco lepiej, to pewnie w 35. minucie mielibyśmy remis. Ten ostrzegawczy strzał przebudził nieco arkowców, ale do końca pierwszej połowy nic ważnego już się nie wydarzyło.
Ledwie zaczęła się druga połowa, w której ostrożnie grająca Arka miała czyhać tylko na kontry, a już wynik spotkania uległ zmianie. Stało się tak po… kontrataku Cracovii. Wszystko zaczęło się od straty krakowian na połowie rywala, Arka chciała przeprowadzić szybki kontratak, ale zrobiła to bardzo niedokładnie, na co Cracovia odpowiedziała kontrą, po której Dudzic wpisał się na listę strzelców. No cóż, widocznie duch utrzymania wyniku poszedł kupić sobie kiełbaskę.
Remis wpłynął na postawę obu drużyn. Żadna z nich długo nie decydowała się na odważniejszą grę. Gorąco zrobiło się dopiero w 73. minucie. Wówczas świetny strzał Radzewicza końcami palców na słupek wybił Pilarz, a Grzelak, zamiast dobić piłkę na pustą bramkę, poczekał, aż golkiper Cracovii wstanie i chwyci piłkę w ręce. Kilka chwil później znów strzelał Radzewicz i Pilarz ponownie musiał się wspiąć na szczyt swoich bramkarskich możliwości. W końcówce spotkania losy meczu mógł rozstrzygnąć jeszcze… Radzewicz. Jego bomba zza pola karnego poszybowała jednak tuż nad bramką.











